‘I’m The Mountain’? Co to za progowe pierdololo? Gdzie są kurwa riffy?!

Stoned Jesus – znacie ich dobrze. Nawet jeśli z przymrużeniem oka patrzycie na poczynania ukraińskiego tria, traktując ich jako entry level gatunku, bądźmy ze sobą szczerzy – w pewnym momencie swojego życia nuciliście „I’m The Mountain” i do tej pory pamiętacie tę melodię. W ubiegłym roku zespół wydał swój czwarty album studyjny zatytułowany „Pilgrims”. Dla wielu fanów płyta okazała się dość kontrowersyjna, porzucając stonerowo-progowy anturaż na rzecz lekkiego, alternatywnego rocka. Na ile uzasadnione są to zarzuty i czy w ogóle zarzutami można je nazwać – pytamy Igora Sidorenko, gitarzystę i wokalistę zespołu.

Jak samopoczucie? Apatia mocno wjechała?

Wciąż dochodzę do siebie po wczorajszym koncercie, to był pierwszy gig po czteromiesięcznej przerwie od grania na żywo, chyba najdłuższej, jaką zrobiliśmy od ponad trzech lat. Po długich tygodniach leżenia w pieleszach, prawie dosłownie, wreszcie stanąłem na scenie. Czuję się teraz jakbym miał 52 a nie 32 lata! Zbieram się do kupy i mam nadzieję, że gdy do was przyjedziemy będę z powrotem w szczytowej formie.

Skąd ta przerwa? Odkąd pamiętam działacie grając niezwykle regularne, intensywne trasy, podobnie jak wiele innych ukraińskich zespołów.

Dzięki, to miłe, chociaż mam wrażenie, że nie jest to aż tak szeroka tendencja i w tym trybie działamy głównie my oraz – przede wszystkim – Jinjer, którzy w zeszłym roku zagrali jakieś 130 koncertów. Ale taka ilość jest wręcz niezdrowa, grasz koncert co drugi dzień, a cały czas pomiędzy występami poświęcasz na podróż i praktycznie cały rok spędzasz na walizkach. Dla mnie to za dużo, nasz zespół daje jakieś 70-80 koncertów rocznie. Teraz zrobiliśmy sobie aż 4 miesiące wolnego – mi wystarczyłyby może dwa, już na początku lutego byłem gotów na wyjazd w trasę i artystyczną aktywizację. Problemem jest jednak dostępność Dimy, naszego perkusisty, który mieszka w Charkowie – jakieś 500km od nas. Prowadzi też własne studio i zaangażowany jest w rozmaite projekty, a jego drugi zespół właśnie wydał płytę, więc jest naprawdę zajęty. Jest świetnym profesjonalistą, więc dogadujemy się bez problemu i nie musimy mitrężyć czasu na dogadywanie szczegółów – taki układ nam pasuje i przyzwyczailiśmy się już do tego, że czasem trzeba siąść na dupie i poczekać, aż rozluźni mu się grafik.

A jak sam koncert? Wydaliście pół roku temu nowy album, bardzo różny od tego, co robiliście do tej pory. Jak te zmiany przyjęli fani?

Wiesz, zabawną rzeczą jest to, że na Ukrainie nie ma jakiegoś szczególnego głodu stonera, doomu czy rocka psychodelicznego. Z siedem lat temu organizowałem koncert Red Fang w Kijowie, przyszło z 200-300 osób i naprawdę na lepszy wynik nie było co liczyć, to jest maks. Jakiś czas temu mieliśmy też Robust Fest, dwudniowy festiwal z Mars Red Sky i Elder jako headlinerami – no cholera, ścisła topka gatunku. Pojawiło się może z 300 osób, w sumie, w ciągu dwóch dni. My jednak z jakiegoś powodu jesteśmy postrzegani w innej kategorii – tutaj ludzie kojarzą nas jako “ten zespół rockowy, który często gra za granicą”. Na naszych gigach pojawia się bardzo dużo osób w ogóle niezainteresowanych sceną stoner/ doomową czy psychodeliczną. Dla nich jesteśmy Stoned Jesus, “tymi kolesiami, którzy rozbijają się po innych krajach” i przychodzą z otwartą głową i sporą dozą ciekawości. Nierzadko zdarzają się sytuacje, w których gramy ponad 10-cio minutowe piosenki i potem ludzie nam mówią “wow, tego się nie spodziewaliśmy, myślałem, że to będzie normalny rock‘n’roll, jak Nickleback czy coś” (śmiech). Mamy pełen przekrój publiczności, od metalowców, poprzez brodatych stonerowców, hipsterów czy drobne dziewczyny ze stylówką emo – pozwala to nam naprawdę mocno wychodzić poza ramy gatunkowe. Przyjęcie nowego materiału przez fanów było naprawdę dobre, zwłaszcza na Ukrainie.

A za granicą widzą was inaczej? Na przykład już nie jako “gości, którzy dużo grają”, ale “tych kolesi od ‘I’m The Mountain'”?

Taaak, to zarówno klątwa jak i błogosławieństwo. Wciąż kochamy ten kawałek, gramy go na każdym koncercie i ludzie wciąż tego chcą. Na każdym gigu odbierany jest nieco inaczej i obserwowanie jak tworzy się ta chemia pomiędzy wykonawcą a publicznością jest za każdym razem ekscytujące. Pełni też szczególną funkcję: nawet jeśli coś idzie nie do końca po naszej myśli – czy są to problemy z dźwiękiem, zmęczenie podróżą, brak snu, dupkowaty promotor – w momencie, gdy dochodzimy w setliście do “I’m the Mountain” jesteśmy już zrelaksowani, pewni siebie, pełni energii i gotowi do jej przekazania. Z drugiej strony – to, że twoim największym hitem jest twój najdłuższy, najbardziej wyróżniający się, pokombinowany i ambitny kawałek, bywa zwodnicze dla słuchacza. Dla wielu osób “I’m the Mountain” to pierwszy kawałek Stoned Jesus na jaki trafiają. Potem docierają do innych piosenek i mogą czuć się skonfundowani, bo są to piosenki diametralnie różne od tej, która zachęciła ich do poznania naszej muzyki. Za tym idą tendencje do ocenia całej reszty jako “gorszą”. Cholera, nie jest gorsza, jest po prostu inna! Ale hej, jeszcze wiele lat temu, gdy naszymi flagowymi numerami były “Black Woods” czy “Red Wine”, to fani słysząc pierwszy raz “I’m the Mountain” podnieśli raban, że co to ma być, jakieś progowe pierdololo, gdzie są, kurwa, riffy? (śmiech) Nie można mieć wszystkiego. Jasne, jesteśmy postrzegani dość mocno przez pryzmat “Seven Thunders Roar”, ale nie można być więźniem swojej dotychczasowej twórczości. Jeśli patrzysz w przeszłość z nastawieniem, że kawałek, który napisałeś lata temu to najlepsze na co cię stać, to jesteś skończony. Nie mówię jednak o narzucaniu sobie jakiejś chorej presji – nowy materiał nie musi być ZAWSZE idealny, czasem wręcz należy coś skopać, ale po prostu trzeba próbować nowych rzeczy, szukać alternatywnych rozwiązać, bawić się tym. Błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi.

“Pilgrims” postrzegasz zatem w kategorii sukcesu czy “koniecznej porażki”? 

Minęło kilka miesięcy od premiery i to wciąż moje ulubione nagranie Stoned Jesus, nie zmieniło się to od czasu pracy nad albumem, mimo tego, że pracuję już nad nowymi rzeczami. A lubię je za kilka rzeczy. Z osobistego punktu widzenia to dla mnie ważna płyta, opowiadająca o dość ponurych sprawach – wiecznym życiu w trasie i oddalaniem się od innych ludzi, totalnym zamykaniu się w sobie. Jeśli chodzi o muzykę – wydaje mi się, że “Pilgrims” jest idealnie wyważonym albumem, bez żadnego zbędnego lub brakującego momentu, nawet gdybym mógł nie zmieniłbym w tej płycie nic. Gdy wracam do naszych poprzednich rzeczy często mam takie myśli – tę rzecz powinniśmy wywalić, inną zagrać inaczej… W przypadku “Pilgrims” nie, mimo tego, że od premiery minęło jakieś pół roku a od skończenia procesu kompozycyjnego ponad dwa lata. Dlatego na nadchodzącej trasie zagramy album w całości, do tego “Black Woods”, “Here come the Robots” i “I’m the Mountain”. Muszę ci też powiedzieć, że na żywo te kawałki zyskują jeszcze bardziej i póki co na koncertach były odbierane dużo lepiej niż chociażby w niektórych recenzjach. Ludzie podchodzili do nas po gigach i mówili, że odebrali to zupełnie inaczej niż na płycie i słyszą w tym dużo Stoned Jesus i spójności z naszym dotychczasowym repertuarem. Jeśli spodziewasz się po tej płycie starego SJ, to będziesz rozczarowany, jednak jeśli otworzysz nieco głowę i usłyszysz to na żywo – zobaczysz, o co mi chodzi.

Postrzegacie się w ogóle jako zespół przynależny do sceny stoner/ doomowej?

Podstawowe założenie odnośnie kierunku artystycznego SJ, od którego wyszedłem 12 lat temu, pojawiło się gdy usłyszałem Sleep. Zakochałem się w tym zespole, bo przypominał mi muzykę, którą pochłaniałem za sprawą ojca jako nastolatek: Deep Purple, Rainbow, Pink Floyd a później już samodzielnie: Led Zeppelin czy Black Sabbath. Ciężka, powolna, oparta na bluesowych riffach, ale nie agresywna, maczystowska czy zwyczajnie paździerzowa – bo właśnie tych rzeczy w metalu nie lubiłem i przez nie nie poświęciłem się nigdy tej muzyce w stu procentach. Nigdy nie słuchałem dużo death czy black metalu. Sleep do mnie trafił przez swój medytacyjny, introwertyczny charakter. Postanowiłem dodać do tego pierwiastek hard rocka i to było właśnie założenie dla debiutu SJ.  Materiał poszedł w świat, trafił do internetu i ludzie zaczęli nam przyklejać łatki stonerowców, ale ja sam tak naprawdę nigdy nie słyszałem w całości chociażby albumu Kyuss, znam może ich dwie piosenki. Gatunek jako taki nigdy mnie nie interesował i obserwowanie jak ludzie nas odbierają i kategoryzują było nieco frustrujące, bo chociaż nie mam nic przeciwko stonerowi czy southernowi, to nie identyfikuję się z nim w stu procentach. Nie znajdziesz w moim domu ołtarzyka dla Phila Anselmo, a moją największą pasją jest prog rock. Więc kiedy ludzie zarzucają nam, że rozmieniliśmy się na drobne, zdradziliśmy stoner… Czy my serio byliśmy kiedyś czysto stonerowi?

Z perspektywy waszego sąsiada da się dostrzec postępującą w ogromnym tempie profesjonalizację ukraińskich zespołów rockowych – aktywizują się labele, kapele intensywnie jeżdżą w trasy, wydają co raz regularniej nowe płyty. Jak to wygląda od środka?

Jeśli chodzi o jeżdżenie w zagraniczne trasy, to jest dobrze i patrzę na to z dużym entuzjazmem. Obecna sytuacja jest niejako pokłosiem wydarzeń sprzed pięciu lat i wciąż trwającego konfliktu z Rosją. Nasilenie się tendencji nacjonalistycznych w pewnym sensie okazało się być niezwykle stymulujące dla środowisk artystycznych: okazało się, że musimy szukać własnej ścieżki, tworzyć własną sztukę i zespoły, a nie wiecznie oglądać się na to, co robi nasz starszy brat. Przyspieszyło to wyodrębnienie się indywidualnego stylu ukraińskich muzyków, którzy chcieli robić coś drastycznie innego, niż zespoły rosyjskie z tych samych nurtów. To, że granice się zamknęły a jeżdżenie w trasy po Rosji nie wchodzi już w rachubę, okazało się być impulsem do budowania naszej własnej sceny i zaplecza w kraju, a także skierowało spojrzenie wielu artystów na Europę – bo to w Europie branża funkcjonuje naprawdę prężnie, Europa ma zaplecze logistyczne dla koncertujących zespołów. Były czasy, że i po kilka razy w tygodniu odbierałem wiadomości z zapytaniem “Hej, Igor, gracie po Europie, jak to robicie chłopie, zdradź swój sekret!” Nie ma sekretu, po prostu to rób. Jeśli grasz dobrą muzykę, wierzysz w nią, ogarniasz podstawy marketingu i jesteś pracowity, to nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś się tam wybrał. Mało tego, prawdopodobnie zostaniesz o to poproszony! I rzeczywiście, tak się stało w przypadku wielu zespołów. Somali Yacht Club, którzy kiedyś grali może 15 koncertów rocznie, teraz zostali zauważeni przez naszą agencję koncertową, Sound of Liberation, w listopadzie graliśmy razem długą, europejską trasę i muszę powiedzieć, że gdzieniegdzie byli przyjmowani jeszcze cieplej niż my. We Włoszech i Hiszpanii ludzie za nimi szaleją i podtrzymanie tej niesamowitej energii gdy wchodziliśmy po nich na scenę było prawdziwym wyzwaniem. Jednak dużym problemem ukraińskiej sceny, chociażby w porównaniu z Polską, jest to, że nie mamy praktycznie “towarów eksportowych”, wielkich zespołów, które jeżdżąc po świecie mogłyby uświadomić dużo szersze rzesze odbiorców, że owszem, taki kraj jak Ukraina nie tylko istnieje, ale ma również swoją scenę. Ukraińskie zespoły są znane i zauważalne w Polsce, bo jesteście naszym sąsiadem, jesteśmy podobni kulturowo. W innych miejscach świata już tak kolorowo nie jest, Ukraina nie ma swojego odpowiednika Behemoth, Riverside, Batushki czy wielu innych zespołów. Najbliższym odpowiednikiem byliby wspomniani Jinjer, którym – mimo tego, że nie jestem fanem ich muzyki – nie mogę odmówić im ogromnych zasług dla promowania naszego kraju. No i są cholernie pracowici – 130 jebanych koncertów rocznie! My również w jakiś tam sposób podnosimy rozpoznawalność ukraińskiej muzyki rockowej na świecie, ale tutaj dochodzimy do drugiego problemu. W samym kraju wszyscy mają to gdzieś. Ostatnio jakikolwiek materiał o Jinjer widziałem z cztery miesiące temu. Somali Yacht Club załapali się na jakiś większy wywiad dopiero po trasie z nami, a przed premierą ich nowej, absolutnie przekozackiej płytę, to recenzje w krajowych mediach można było policzyć dosłownie na palcach jednej ręki. Rozumiesz? Pięć recenzji! W czterdziestomilionowym kraju! To absurd. Rodzimy przemysł muzyczny również całkowicie nas pomija, muzyka rockowa i rap są kompletnie pomijane przy nagrodach muzycznych. Okej, może i słuchacze mają w dupie Grammy, ale te nagrody mimo wszystko pozwalają na podbicie widoczności zespołu, podnoszą motywację, otwierają nowe kanały promocji. Czasami mam wrażenie, że koncertowanie na Ukrainie to syzyfowa praca. I w końcu człowiek stwierdza, że jebać to – równie dobrze można zagrać trasę po Niemczech i wyjdę na tym finansowo i psychicznie dużo lepiej niż po próbie organizacji jednego koncertu w Kijowie.

Czyli nie chodzi tylko o mainstreamowe media i biznes muzyczny, ale jest też problem na poziomie oddolnych inicjatyw?

Nadzieja umiera ostatnia, dużo zależy od samych zespołów. Niektóre kapele wciąż tkwią w przeszłości – składają się z naprawdę utalentowanych muzyków, mają ciekawą propozycję artystyczną, ale wydaje im się, że wciąż jest 2009 r., że wystarczy wrzucić demówkę na YouTube czy Bandcampa i nagle wszyscy oszaleją na ich punkcie. To tak nie działa. Nie można więc zwalać wszystkiego na pasywność dużego przemysłu muzycznego, jeśli chcemy coś zmienić, musimy zacząć od siebie.

Wracając do waszej ostatniej płyty – opowiada ona o międzykoncertowej apatii, zmęczeniu materiałem i zamykaniu się w skorupie. Czytając teksty mam jednak wrażenie, że są one opisem procesu. Jakie jest rozwiązanie?

Dla mnie – pisanie o tym. “Pilgrims” było po prostu terapią. Przekazaliśmy nasze bezpośrednie doświadczenia, przekuliśmy je w muzykę i poczuliśmy się lepiej. W okresie gdy kończyliśmy komponować “Pilgrims” dwa lata temu zmarł mój tata. Dostałem jakiejś straszliwej blokady twórczej, przez ponad rok nie byłem w stanie z siebie nic wykrzesać. Byłem przybity, wiedziałem, że terminy gonią, zaraz będziemy musieli nagrywać “Pilgrims” i jechać w trasę po raz kolejny… Zacząłem wtedy pisać teksty i to mi bardzo pomogło zrzucić z siebie pewien ciężar i spojrzeć na problem z szerszej perspektywy. To, że teraz ja jestem zajechany, może trochę przytłoczony graniem to tylko element większej układanki. To, co robię przecież w ogólnym rozrachunku przyczynia się raczej do zwiększenia ilości szczęścia na świecie niż na odwrót. Może właśnie w chwili, gdy nic mi się nie chce i czuję się jak trup, jakiś dzieciak w Ameryce Południowej przebiera nogami do “Apathy”? Jakiś gość z Australii grzeje z głośników “Thessalią”? Jakiś muzyk w trasie posłucha tej płyty, znajdzie odniesienie do własnych doświadczeń i poczuje się lepiej? Pewną ironię dostrzegam w tym, że gdy wydaliśmy w końcu tę płytę opowiadającą o tym, jak życie w trasie potrafi dobić i – tak, zgadłeś – pojechaliśmy z nią w trasę, to okazała się być to najprzyjemniejsza trasa mojego życia. Nie nudziłem się ani chwili, nie poddawałem się zmęczeniu, byłem pełny energii i mieliśmy świetną chemię z Elephant Tree i Mothership, z którymi pojechaliśmy w trasę. Niekiedy wręcz gdy wychodziłem na scenę czułem, jakbym oszukiwał trochę ludzi dla których gram – śpiewam o tym, ile nieszczęść potrafi przysporzyć intensywne koncertowanie, a jednocześnie jestem przęszczęśliwy i nabuzowany robiąc właśnie to. Chociaż – to tak naprawdę moje prywatne doświadczenia, więc chyba o oszustwie na dużą skalę nie może być mowy, a granie tych piosenek do tej pory pomaga mi radzić sobie z rutyną trasy.

Rozmawiał Piotr Kleszewski

SJ bilet3