SÂVER to pochodzący z Oslo nowy zespół założony na gruzach Tombstones. Grają przestrzenny miks post-metalu i ciężkiego jak oko każdego huraganu sludge’u, doprawiając to wszystko czarodziejskimi syntezatorami. W tej lakonicznej, acz konkretnej rozmowie rozmawiamy o oraz organizowanym przez nich festiwalu muzyki heavy-psych Hostsabbat, który odbył się w tym roku już po raz szósty, czym jest dla nich SÂVER i o etyce pracy.

Dopiero co zaczęliście trasę, jak wrażenia?

Pierwsze dwa koncerty były fantastyczne, świetna atmosfera i rewelacyjny odbiór. Nigdy wcześniej nie graliśmy ani w Finlandii ani w krajach Bałtyckich, więc bardzo ucieszyła nas ta okazja.

Poważnie? Przynajmniej Finlandia wydaje się dość oczywistym wyborem dla skandynawskiego zespołu.

No nie? Ale jakoś się nie złożyło, żeby udało nam się tam dotrzeć. Najwyższa pora, co? Ale z drugiej strony – nigdy wcześniej nie graliśmy z SÂVER po Europie.

Przed trasą odbył się Hostsabbat. Jak wypadła tegoroczna edycja?

Zabójczo, mówię ci! Kompletny sold-out, sprawdzona, bardzo zaangażowana publiczność. Scena w kościele ma naprawdę unikalną atmosferę, która świetnie rezonuje z klimatem festiwalu, i publika i zespoły bardzo się w to wczuwają, ludzie byli naprawdę zajawieni.

Myślisz, że takie oddolne inicjatywy, mniejsze, ale z określonym charakterem mają szansę na jakąkolwiek konkurencję z większymi graczami?

Tak, o ile faktycznie skupiają się na zapewnieniu niezwykłego, bardzo określonego doświadczenia, jeśli faktycznie potrafią zaoferować coś odmiennego, swojego. Poza tym, nie można zapominać, że w przypadku mniejszych festiwali zupełnie inaczej wyglądają relacje międzyludzkie zarówno wśród publiczności jak i organizatorów, tworzy się wyjatkowa mikrospołeczność, która w jakiś sposób animuje scenę.

Dostrzegasz korelację rozwoju Hostsabbat i sceny stonerowej/ heavy-psych w Europie?

Jasne, to są naczynia połączone. Przez dwa ostatnie lata mogliśmy się cieszyć sold-outem i wpadają nas odwiedzać ludzie z całej Europy.

SÂVER to nowy twór na scenie. Co chcesz za jego pomocą przekazać ludziom, gdzie chcecie się wpasować?

Mamy nadzieję, że nasza muzyka mówi sama za siebie. Jeśli chodzi o brzmienie, zawsze chcieliśmy grać muzykę, którą sami chcielibyśmy słuchać. Proste. Biorąc to za punkt wyjścia, staramy jednak stawiać przed sobą wyzwania twórcze i nie osiadać na laurach, za każdym razem tworzyć coś, co da nam poczucie świeżości. Nazwa zespołu to określenie snu w jednym z norweskich dialektów. Nie mylić ze Sleep.

Okej, dobrze wiedzieć, myślałem, że to jakaś fikuśna wariacja na temat słowa „save” („chronić”) po angielsku.

Nie zamykamy się na inne interpretacje.

Mimo wszystko w kontekście SÂVER musi paść jedno pytanie – dlaczego powołaliście ten zespół do życia i co się stało z Tombstones? Poróżniliście się z Bjornem?

Nie, skądże, nie było żadnych kłótni, jesteśmy wszyscy oddanymi przyjaciółmi. Rozwiązanie Tombstones było wspólną decyzją, która nie była łatwa do podjęcia, dla żadnego z nas. Przecież tak długo ten zespół był bardzo ważnym elementem naszego życia! Życie jest wyboiste… niekiedy zbyt wyoboiste i nie da się jednocześnie grać w zespole, jeździć w trasy i.. żyć. To była trudna, ale naturalna decyzja, która w pewnym momencie po prostu musiała zapaść.

Jak zmieniło to dynamikę zespołu?

To zabawne, w zasadzie gramy ze sobą tak długo, od wielu lat, że dynamika pomiędzy nami jako twórcami jak i instrumentalistami zdążyła już okrzepnąć. Różnice, które się pojawiły to nazwa zespołu, nowe instrumenty, z których korzystamy i inne pomysły.

Trochę poruszyłeś kwestię, o którą chciałem zapytać – wiele zespołów pozwala sobie na naprawdę drastyczną ewolucję w trakcie kariery, naprawdę daleko odchodząć od tego, co robiły na początku. Wy zostaliście w praktycznie takim samym składzie, zmienił się szyld.

Jasne, czasami tak się dzieje i uwielbiam, kiedy zespoły tak robią. Nie chcieliśmy jednak dalej występować pod nazwą Tombstones bez Bjorna – to po prostu wydawało się być niewłaściwe. To, że mamy teraz w pewnym sensie artystyczne „czyste konto” to produkt uboczny, nie sprawia to jednak, że jest to mniej ekscytujące.

Jak trafiliście do Pelagic Records? Robin jest bardzo ostrożny w swoich wyborach i nie jest to wytwórnia, do której po prostu wysyłasz demo i pyk – zostajesz wydany.

Szczerze mówiąc wydawanie muzyki w Pelagic było naszym cichym marzeniem. Zanim w ogóle rozpoczęliśmy poszukiwania i negocjacje z wytwórniami, mieliśmy praktycznie gotowy album. Na początku spotkaliśmy się ze strony Pelagic z odmową i deklaracją, że nie przyjmują do rostera żadnych nowych zespołów i są tak zajęci, że nie mają nawet czasu posłuchać naszej muzyki (czemu się absolutnie nie dziwię, bo naprawdę B A R D Z O dużo koncertują). Mieliśmy jednak farta, bo Ole i Walter Hojimakers czasami się kontaktują przy okazji Hostsabbat, Roadburn i tak dalej, więc Ole przekonał Waltera, a Walter Robina, a reszta jest historią. Naprawdę niesamowicie się tym jaramy, to świetna stajnia, która naprawdę dobrze opiekuje się swoimi zespołami. Wyruszyliśmy w trasę z nimi jak tylko wydaliśmy album.

Co nowego SÂVER może wnieść do post-metalowego/ sludge’owego poletka? Macie w ogóle takie ambicje?

Pisanie muzyki z przyjęciem jakichś odgórnych założeń wydaje nam się dosyć ograniczające. Kiedy tworzymy po prostu podążamy za pomysłami, które wydają nam się najbardziej interesujące w danym momencie. Działamy w oparciu o intuicję. Nie zakładaliśmy, że będziemy grać post-metal, po prostu te dźwięki wydały nam się najlepszym nośnikiem emocji w danym momencie, był też naturalną konsekwencją gdy postanowiliśmy trochę odejść od tego, co robiliśmy do tej pory – unikamy powtarzania się. Poza tym, to wszystko jednak przeczucia i emocje.

No właśnie, skąd się wzięły emocje, które były dla was paliwem przy pisaniu tej płyty? Nie jest to najpogodniejszy album na świecie.

Zaczęliśmy pisać muzykę praktycznie od razu po rozwiązaniu Tombstones, czuliśmy więc dziwaczną mieszankę tęsknoty, ekscytacji i beznadziei.

Swoistym novum jest dla was obfite wykorzystanie syntezatorów. Co was do tego skłoniło?” Metalowa publiczność jest waszym zdaniem co raz bardziej otwarta na brzmieniowe eksperymenty?

Być może tak jest, na razie nikt się na nas nie skarżył (śmiech). Na początku chcieliśmy popracować z zupełnie innym dźwiękiem, sposobami kreowania brzmienia. Gdy dostaliśmy w swoje łapska Korga MS20 z lat 70′, otworzyło się nagle przed nami mnóstwo inspirujących ścieżek. Polecam każdemu pracę z nowymi instrumentami.

Odkryłeś jakichś nowych faworytów?

Moog Sub Phatty i Korg – cholernie ciężki duet! Z chęcią zaprezentujemy wam go w Krakowie.

Rozmawiał Piotr Kleszewski