Sautrus: Recenzja albumu Anthony Hill

Sautrus mają nie tak pospolitą jak wydawać by się mogło współcześnie, umiejętność tworzenia niezwykłych historii. I co nawet ważniejsze, jeszcze większą jej przekazywania. Próbkę tego mieliśmy już na ich pierwszym wydawnictwie, “Kuelmaggah Mysticism: The Prologue”. Czuło się na nim jednak, że grupę stać na więcej. Czy te więcej objawi się na “Anthony Hill”?

Pierwsze zetknięcie z najnowszym albumem Sautrus wzbudziło we mnie specyficzną mieszankę emocji. Z jednej strony miałem wrażenie, że ktoś niezmaterializowany siedzi w fotelu obok, kując mnie od czasu do czasu w nerwy czaszkowe, wzbudzając jednocześnie poczucie narastającego niepokoju. Z drugiej jednak, wciąż odczuwałem potrzebę zagłębienia się w historię Anthony’ego Hilla. Była to niemal masochistyczna potrzeba, bo jego świat wcale nie napawa optymizmem.

Anthony wydaje się być tzw. everyday man. W jego wyglądzie nie ma nic co przykuwałoby uwagę. Mimo wszystko coś jest w nim nie tak. A jeszcze bardziej w tym co go otacza. Kolejne odsłuchy i zagłębianie się w te wydawnictwo, utwierdzały mnie tylko w przekonaniu, że coraz mniej o nim wiem. Mimo tego, że można się w nim doszukiwać elementów albumu koncepcyjnego, to nie przypomina on innych krążków mających taką formułę. Słuchając “Anthony Hill”, od początku do końca, nie odnoszę wrażenia, że wysłuchałem opowiadania. Nie czuję się jakby Dante opowiedział mi o swojej wędrówce poprzez dziewięć kręgów piekielnych, albo jakiś zdeprawowany rockman żalił mi się z trudów bycia gwiazdą. Mam wrażenie, że dla Sautrus historia stanowi tylko pretekst, do wprowadzenia słuchacza w specyficzny nastrój. Znacie ten stan, gdy przez całą noc zlani gorączką trwacie w stanie nieustannego zawieszenia między jawą a snem, by nad ranem obudzić się, wciąż mając wrażenie, że jeszcze nie do końca się obudziliście? Towarzyszy temu niepokój i poczucie braku komfortu, tak jakby się przez chwilę było w poczekalni do krainy bez czasu i przestrzeni, gdzie w wykrzywionych lustrach widać odbicie naszej rzeczywistości. Podczas słuchania ostatniego albumu Sautrus czuję się, jakbym towarzyszył głównemu bohaterowi podczas wędrówki właśnie w takim miejscu. Z jednej strony tak podobnym do naszego, jednak mającym w sobie coś nierzeczywistego i odpychającego.

Od strony muzycznej i instrumentalnej, “Anthony Hill” ani trochę mnie nie odpycha. Sautrus przez tych kilka lat wspólnego grania doskonale się zgrywają i uzupełniają, a ich umiejętności jako instrumentalistów i kompozytorów uległy zdecydowanemu postępowi. Umiejętności wokalne Weno i jego niesztampowe podejście do śpiewu wzbudzają ogromne zainteresowanie. Podczas pierwszych odsłuchów czeka się z niecierpliwością na dalszą część albumu, żeby przekonać się, w jaki jeszcze sposób nas zaskoczy, a przy kolejnych, oczekuje się swoich ulubionych partie. Mógłbym jeszcze napisać jak bardzo ten album brzmi jakby został nagrany w latach 60/70, ale to już wiecie, prawda?

Michał Smoll