Co kryje enigmatyczne sformułowanie „Indian stoner from outer space”? Odpowiedzi możecie szukać w muzyce Red Scalp, a znajdziecie ją błyskawicznie, już od pierwszych dźwięków ich debiutanckiego albumu „Rituals”. To właśnie dzięki niemu i ciężkiej pracy pleszewski skład wybił się na czoło polskiej sceny stonerowej. Indiański spirytualizm miesza się w niej z inspiracjami zaczerpniętymi zarówno z psychodelii, jak i prog rocka i klasyki ciężkiego grania. Z okazji ich koncertu 23 kwietnia w krakowskiej Alchemii, rozmawiamy z głównodowodzącym Red Scalp, a zarazem organizatorem Red Smoke Festival, Jędrkiem Wawrzyniakiem.

Jesteśmy nieco ponad rok po wypuszczeniu przez Was debiutanckiego albumu. Jak z perspektywy czasu oceniacie ten krążek i jak toczy się praca nad jego następcą?

(J)ędrek: Mimo upływu czasu, przesłuchaniu, i zagraniu materiału z Rituals dziesiątki razy, wciąż jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani, że ta płyta powstała w tym czasie i w ten sposób. Ale oczywiście parcie na nowe kawałki jest wielkie dlatego już od dawna przygotowujemy nowy materiał. Szczerze mówiąc, to w sobotę skończyliśmy komponować. W maju wchodzimy do studia. Na pewno wiele osób się zdziwi, ponieważ będzie to kolejny etap naszego rozwoju, a nie koniecznie kontynuacja „Rituals”.

Wspomniałeś, że wchodzicie w maju do studia. Możecie zdradzić już nazwę miejsca, na które padł Wasz wybór? i kiedy możemy spodziewać się następcy „Rituals”?

J: Kolejny raz będziemy współpracować z Satanic Audio. Jednak studio tym razem będzie znajdować się w okolicach Kłodzka, więcej jeszcze nie zdradzę. Następca „Rituals” ukaże się nieprędko. Wydanie planujemy dopiero jesienią, ale nowy materiał będziemy grać już na wcześniejszych koncertach. Także w Krakowie 23 kwietnia.

Jesteście bardzo zapracowanym zespołem. Jak godzisz tworzenie nowego materiału z koncertowaniem i organizacją zbliżającego się ogromnymi krokami Red Smoke Festival?

J: Jest to możliwe gdy zmieni się tryb życia na lekki pracoholizm. Ja oprócz wspomnianych obowiązków, muszę zarabiać na życie w inny sposób i połączenie tego to wykorzystanie wolnych chwil na sprawdzanie maili, wolne weekendy na koncerty itd. Na szczęście mamy przyjaciół, którzy podzielają nasze pasje, dlatego w wolne wieczory można się bawić i odrobinę popracować. Ale to wszystko to praca całoroczna. Jak już w tym siedzisz to nie masz wyjścia, chyba że z tym skończysz na dobre.

W krakowskiej Alchemii 23 kwietnia kończycie mini trasę u boku Major Kong i Riff Fist. Czego możemy się spodziewać po Waszym koncercie?

J: Zdecydowanie dużo nowości. Oczywiście gramy materiał z „Rituals”, ale pojawi się kilka nowych kawałków. Niedawno przyjęliśmy do zespołu Jana, który zajmuje się wieloma nazwijmy to “bajerami”. Nowe instrumenty i rozwiązania. To będzie coś świeżego!

Jaka historia stoi za powstaniem nazwy „Red Scalp”?

J: Zamówiliśmy pizze na próbę, zagraliśmy parę kawałków i stwierdziliśmy, że będziemy grać na poważnie. Spisaliśmy różne propozycję nazw na pudełku po pizzy i wybraliśmy demokratycznie najlepszą, tę związaną z Indianami. Jeszcze nie wiedzieliśmy jak bardzo odciśnie to na nas piętno Indian, które jednak pojawiło się naturalnie. Dlatego jest to piętno o pozytywnym wydźwięku.

Obrane przez Was indiańskie wpływy, w muzyce około stonerowej są czymś zdecydowanie świeżym na polskiej scenie (i nie tylko). Czy po nadchodzącej płycie możemy spodziewać się nowych inspiracji? Czy kultura Indian pozostanie Waszym znakiem rozpoznawalnym na stałe?

J: Na pewno mamy nowe inspiracje, ale muzyczne, a nie kulturowe. Indianie nadal zostają, poruszamy za to bardziej spirytualistyczne rejony ich życia. To zawsze się łączy z muzyką.

Czy Wasza muzyka niesie za sobą pewnego rodzaju misję przybliżenia problemów społeczności indiańskiej dla szerszego grona odbiorców?

J: Na pewno moje teksty niosą ze sobą jakieś przesłanie, ale nie jest to nasz główny zamiar. Tym bardziej, że zawsze przylepiam do tego jakąś historię. A najbardziej chcemy docierać samą muzyką.

Wspomniałeś wcześniej o nowych inspiracjach muzycznych. Czy mógłbyś zdradzić coś więcej?

J: Tak naprawdę nowe inspiracje, to głównie stare inspiracje z lat 60-70. Ale po prostu trochę inne klimaty nas zaciekawiły. Na nowej płycie pojawią się np. klawisze. I to te klasyczne, hammondowe, ale również coś bardziej elektronicznego. Nie mogę wszystkiego zdradzić, bo zepsuję zabawę (śmiech).

Wasz longplay, jak i EPka zostały niezwykle ciepło przyjęte przez środowisko. Jednak prawdziwą potęgą Red Scalp są koncerty na naprawdę światowym poziomie. Znakiem rozpoznawalnym jest pióropusz zakładany przez Ciebie podczas wykonywania „Tatanki”. Wspomniałeś wcześniej, że w związku z nową płytą macie również nowe rozwiązania koncertowe. Czy jesteś w stanie nieco przybliżyć nowe pomysły? Jak bardzo te rozwiązania mogą wpłynąć na Wasz wizerunek na scenie?

J: Miło to słyszeć. I faktycznie kładziemy bardzo mocny nacisk na koncerty. To wtedy zespół pokazuje, jaki naprawdę jest. Nowe patenty niekoniecznie będą dotyczyć wyglądu scenicznego, a bardziej wykorzystania instrumentów, szczególnie perkusyjnych. Co jednak wizerunkowo powinno być bardziej efektowne.

Jak się odniesiesz do stwierdzenia, że koncerty stonerowe, jak i tworzenie muzyki, to pewnego rodzaju rytuał. Co ta scena ma w sobie tak specyficznego?

J: Zgadzam się, że to coś więcej niż nagrywanie płyt i granie koncertów. Przede wszystkim tu chodzi o pewnego rodzaju celebracje muzyki. Oprócz niesamowitych emocji, które towarzyszą słuchaniu, podobne są przy tworzeniu, przy kreowaniu brzmienia, które jest tak samo ważne jak kompozycje. Na koncertach każdy chce czuć muzykę, a nie tylko ją słyszeć. Do tego dochodzi niesamowita fascynacja sprzętem, szczególnie tym starym. Każdy się interesuje tym, na czym gra jego ulubiony zespół. To pewne zaklęte wzmacniacze, bębny i gitary z czasów Black Sabbath, Pink Floyd, itd, które wykreowały brzmienia, za którymi dzisiaj podążamy. To po prostu jest muzyka dla bardziej wymagającego słuchacza.

Wspomniałeś teraz jak ważne jest to specyficzne brzmienie. W jednym z wywiadów wspomnieliście o tym, że dobre brzmienie w stonerze, to już połowa sukcesu dla zespołu. Pomijając sam sprzęt, to jak osiągnęliście ten ciężki, a zarazem niesamowicie kosmiczny, i wyjątkowy dźwięk? Czy masz jakieś wskazówki dla młodych kapel szukających swojej własnej barwy?

J: Próbowanie wielu rzeczy – wzmacniacze, kolumny, efekty, gitary, i sam styl grania czyli twoje ręce to podstawa. Można oczywiście podać “niezbędnik” sprzętowy, ale przy kreowaniu własnego brzmienia nie jest to takie proste. Trzeba też być osłuchanym, żeby wiedzieć czego się chce. My używamy tak naprawdę bardzo klasycznych efektów i rozwiązań, ale pewne niuanse dają nam coś „naszego”. Ja używam np. ponad 20 letniego radzieckiego delaya analogowego. Jest bardzo niewygodny, ale brzmienie daje niesamowite. Fuzz zastąpiłem overdrivem ze specyficznym ustawieniem pieca i gitary. Także nie tylko utarte patenty działają, eksperymentować można ze wszystkim.

Niedługo supportujecie w Katowicach Clutch, w lipcu szykuje się Red Smoke Festival. Jakie są Wasze plany koncertowe na przyszłość? Szykuje się coś naprawdę dużego?

J: Clutch to dla nas jak na razie strzał życia. Niesamowicie się jaramy. Poza tym mamy dość dużo koncertów do końca roku. W maju Berlin, w czerwcu Kilonia i Clutch, następnie Red Smoke, koncerty z Asteroid i Yuri Gagarin. Trochę tego jest, a jesienią planujemy jakiś konkretny wyjazd za granicę. No i teraz nasza mini trasa z Major Kong i Riff Fist, to też świetna sprawa.

Jak powstał pomysł na stworzenie takiego festiwalu jakim jest Red Smoke?

J: Chcieliśmy festiwal, na którym będą miały szansę zagrać nowe, ale dobre zespoły. A na które zazwyczaj nie zwraca się uwagi na początku ich kariery. Z czasem zmieniło się to w festiwal rewelacyjnych i bardziej znanych zespołów z klimatu, ale nadal promujemy mniejsze składy, które po prostu trzeba poznać.

Czy obecna ranga festiwalu przerosła Twoje pierwotne oczekiwania?

J: Nigdy nie spodziewałem się takiego sukcesu.

Czy myślałeś, by w przyszłości Red Smoke Booking zajęło się organizacją koncertów w kontekście całego kraju? Żeby poszerzyć zasięg poza Red Smoke, Poznań, czy Wrocław?

J: Raczej nie. Powody są dwa: nie znajdę na to czasu, a ważniejszy to taki, że w każdym dużym mieście w Polsce, jest inna agencja bookingowa. Zamiast robić sobie konkurencję wolimy współpracować. Już nie raz wymienialiśmy się koncertami i to po prostu dobrze działa, każdy zna swój teren.

Czy Indianie słuchają stonera?

J: Zdecydowanie tak! Dostaliśmy kilka wiadomości od fanów z USA, którzy przedstawiali się jako „Native Indians”. Zazwyczaj podobała się im nasza muzyka i styl dość oszczędny w ich ważną symbolikę. Zdarzył się też taki, który nas zmieszał z błotem, ale oczywiście, krytykę trzeba także umieć przyjąć.

Wywiad przeprowadził Radek Bury