STONERONIA

Nie tylko seryjni mordercy – luźny przegląd japońskiej sceny stoner/doom/sludge

Jednym z healinerów Warm-Upu i naszej imprezy urodzinowej będzie Church of Misery, pochodzący z Tokio kwartet, który za punkt honoru postawił sobie pisanie najcięższej muzyki muzyki na świecie poświęconej tylko i wyłącznie prawdziwym seryjnym mordercom. Stwierdziłem, że to dobra okazja, żeby lepiej sprawdzić co Japonia ma do zaoferowania w kategorii czczenia riffu i piaszczystego brzmienia, bo zdałem sobie sprawę, że naprawdę mało o tym wiem. Że kapitalna scena noise’owa, że Boris, że j-rock i tak dalej – to wiadomo. Ale co poza tym? Kraj kwitnącej wiśni poza powyższym i jeszcze może kilkoma nazwami, jak chociażby Bellzlleb czy niedawno odświeżone przez oficynę Robust Fellow nagrania Eternal Elysium, stanowi dla mnie raczej muzyczną terra incognita i postanowiłem to zmienić. O ile stoner w tradycyjnym wydaniu zazwyczaj mnie męczy, tak w przypadku Japonii natknąłem się na kilka naprawdę nieoczywistych perełek – w moim odczuciu to zasługa bardzo specyficznej japońskiej optyki, która w bardzo unikatowy i charakterystyczny sposób przetwarza wydawałoby się zgrane w popkulturze zachodniej tropy. Oczywiście poniższy tekst należy traktować raczej jako kilka niezwykle subiektywnych rekomendacji i zachętę do dalszych poszukiwań własnych niż kompletny przewodnik, a już na pewno nie jako wywód o charakterze eksperckim. Enjoy.

A skoro punktem wyjścia dla tej dziwnej wędrówki jest Church of Misery, to równie dobrze możemy ją zacząć od Sonic Flower – pobocznego projektu ówczesnego składu Church of Misery (z jedną podmianką – wokalistę Yoshiakiego Negishiego w Sonic Flower zastąpił gitarzysta o pseudonimie Arisa). Tak jak skład Church of Misery nie należy do stablinych, tak i Sonic Flower udało się zarejestrować jedynie jeden krążek, zatytułowany właśnie Sonic Flower. Jeśli jednak spodziewacie się po nim gruzujących riffów i opiewających makabryczne dokonania całej plejady seryjnych morderców tekstów, nie możecie być w większym błędzie – to 25 minut niezwykle barwnych, kwiecistych wręcz, instrumentalnych wariacji na temat ciężkiego bluesa i rocka psychodelicznego. Pełna energii, ciepła i kosmicznego FUNKA płyta – bo nawet jeśli nienawidzicie pozerów, korporacji, słowa „stoner” i całego świata, to jakoś musicie dać ujście hippisowskiej stronie waszej osobowości.

Church of Misery będzie zresztą dobrym tropem do dalszych poszukiwań, nawet jeśli tylko pośrednio – 4 albumy wydali pod skrzydłami wytwórni DiwPhalanx Records, specjalizującej się raczej w paskudnych, szybkich i ciężkich odmianach metalu (ale mającej też na koncie sporo wydawnictw Boris, w tym Pink czy collabo z Merzbow). Jednak w rosterze wytwórni znajdziemy również bliższe stonerowemu poletku delicje.

GREENMACHINE, nawiązujący nazwą do wiadomej piosenki wiadomego zespołu, to pochodzący z prefektury Ishikawa zespół o stażu praktycznie równym Church of Misery. I wbrew nazwie, daleko im do pustynnych przestrzeni i zadymionego relaksu. Na ich najnowszym albumie, Mountains of Madness, wydanym w marcu tego roku, jest miejsce zarówno na sabbathowski riff worship, wysokooktanowe solówki, miejscami wręcz grindcore’ową intensywność, a wszystko to podlane gęstym, cuhcnącym sludgem. No i posłuchajcie tylko jak brzmią te bębny!

Jeszcze mniej przyjemne dźwięki zaserwować potrafi pochodzące z Osaki trio Garadama – trudno mi było jednak dotrzeć do dużej ilości ich nagrań, które mógłbym wam zaprezentować, co niestety jest częstą bolączką zespołów funkcjonujących i poszukujących odbiorców głównie w „konkurencyjnym”, azjatyckim internecie.

A jak już jesteśmy przy szpetniejszym obliczu gatunku, koniecznie sprawdźcie Khola Cosmica. To zdecydowanie najcięższa pozycja w niniejszym zestawieniu. Hiperciężkie riffy przechodzące w drone, kosmiczne tła – jeśli lubicie Ufomammut lub SUMA, to i Khola Cosmica powinna was do siebie przekonać.

Kolejnymi podopiecznymi DiwPhalanx byli przez pewien czas Eternal Elysium, których raczej nie trzeba nikomu przedstawiać. Można jednak wykorzystać ich jako pretekst do przedstawienia Enough to Escape, nowo powstałego australijsko-japońskiego składu, w którym udziela się Yukito Okazaki, wokalista/ gitarzysta oraz założyciel EE. Enough to Escape to spojrzenie na gatunek z dodaniem dopisku „post-” – oprócz powolnych, klimatycznych riffów znajdziecie tu niesione reverbem melodie i sporo miejsca na oddech w postaci ambientów i licznych interludiów.

Ostatnią pozycją z katalogu DiwPhalanx, na którą chciałem zwrócić waszą uwagę jest Chugakusei Kanobe. Mówiąc wprost – to z nadzieją na znalezienie właśnie tego typu rzeczy brałem się za ten tekst. Co prawda osiem lat temu zmienili i nazwę i muzyczny kierunek (pierwsze na The Usual K, drugie na hardcore punka), ale i tak pozostało po nich dużo dobra, jak chociażby poniższy album. Dowiecie się o tym dopiero za chwilę, ale uwierzcie już teraz: stonerowy riff połączony z jazzującym swingiem i basem imitującym kontrabas oraz noise’ową gitarą i szaleńczym, pijackim wokalem to najlepsza rzecz na świecie.

Jako równie osobliwa i szalona, lecz o znacznie mroczniejszym obliczu, przedstawia się propozycja muzyczna Magdala Ju-nen, tokijskiego tria założonego przez Kotamę Mako (wokal, gitara). To doom w którym tradycyjne dla gatunku riffy uzupełniają awangardowe popisy wokalistki, orientalna melodyka i instrumenty folkowe. Teksty? Nieudane egzorcyzmy, ludowe przesądy i ohydna reinterpretacja Dzwonnika z Notre Dame z koprofilią w tle. Wszystkie te elementy składają się na naprawdę niepokojącą, mocno zadłużoną u Bellzlleb, atmosferę i inny od tego, do którego jesteście przyzwyczajeni horror.

Jeżeli natomiast poszukujecie w stonerze i sludge’u intensywności i perwersji właściwej kapelom chociażby z Ameryki Południowej – spokojnie, i na tym polu Japonia świetnie się wami zaopiekuje.

Riffana, jak do tej pory tylko z jedną Epką na koncie, mówią o co im chodzi już samą nazwą – miejscami wchodzą wręcz na terytoria zarezerwowane dla death metalu, u rdzenia pozostają jednak rozbujanym rock and rollem na potężnym dopale. Muzyka pełna frajdy jak zakażenie tężcem po nadepnięciu na zardzewiały gwóźdź.

Równie chętni na zalegalizowanie narkotyków i morderstw wydają się być Floaters, którzy worship Wizardów odświeżają hardcore’ową motoryką. Zdarzają im się też zaskakująco melodyjne refreny, które w połączeniu z co najmniej frapującymi jeśli chodzi o intencjonalność finalnego efektu partiami wokalnymi, potrafią tchnąć w skostniałą formułę trochę powietrza. Czy świeżego – to akurat musicie ocenić sami. Pokazują też ciekawe zazębianie się japońskiej sceny – 2/3 składu Floaters gra także w Inside Charmer, których nagrania produkował z kolei Okazaki z Eternal Elysium, ich basista natomiast gra w doomowym, brzmiącym trochę jak melodyjniejsza wersja Conan, Nepenthes, którzy z kolei mają na pokładzie byłego gitarzystę Church of Misery…

Poruszając temat japońskich labeli okołostonerowych warto też na pewno wspomnieć o Cornucopia Records, należącej do Yukito Okazakiego wytwórni, która mimo genealogii sięgającej jeszcze lat 90′, na długie lata pogrążyła się w letargu, podczas gdy Eternal Elysium było związane z DiwPhalanx. Zgodnie ze słowami założyciela, misją labelu jest promowanie na świecie najciekawszych perełek japońskiej sceny stoner/ doom/ sludge/ psychodelicznej. Obecnie w rosterze wytwórni, oprócz EE, znajdziemy także trio nibs, Warhill oraz Vomit Monster (dwa ostatnie zespoły zarejestrowały wspólnego splita).

Nie mogę też pominąć absolutnie przeze mnie uwielbianych Ningen Isu, którzy działają od końcówki lat 80′ ale wciąż umieją zachować świeżość i werwę – miejscami brzmią jak Candlemass, które wciąż ma na siebie pomysł, kiedy indziej jak repertuar Black Sabbath grany przez Voivod. No i te refreny!

Na sam koniec tego i tak już obszerniejszego niż planowane wpisu, już bardziej w ramach ciekawostek, rzucam kilka nazw bez obszerniejszych opisów:

-samozwańczych przedstawicieli „nowej fali japońskiego doomu”, pozbawiony gitar duet Shizumunamari

-łączący dziwne art-rockowo/bluesowe gitarowe jammy ze sludgem Vomit Monster

-posiadających absolutnie najlepszą nazwę i zdecydowanie najgorszego wokalistę While a Mortal Albatross Makes Noise

Podróżował palcem po internetowej mapie i spisał wrażenia Piotr Kleszewski

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz