Ewolucja wielu zespołów to proces, który zwykle można rozpisać na wiele lat i wiele wydawnictw. W przypadku Elder stylistyczna wolta ma miejsce na każdym ich dlugograju, a każde kolejne wydawnictwo przedstawia kompletnie nowy poziom złożoności i muzycznej dojrzałości. Pochodzący z Bostonu tercet sprawnie wyrwał się ze stoner/doomowej kliszy i obierając za podstawę rock psychodeliczny i klasyczny heavy metal stworzył wlasną markę, pod która rozbuchane, monumentalne suity łączą się z melodyjną, wręcz korzenną celebracją życia i duchowości. Ze stojącym na czele Elder Nickiem DiSalvo rozmawialiśmy o czwartym i piątym członku zespołu, o piwie, życiu z muzyki oraz czemu ich logo przypomina Budgie.

Jakie masz ulubione piwo?

Uh, ciężkie pytanie. Bardzo lubię piwo, więc mogę mówić raczej o ulubionym w obrębie jakiegoś stylu. Np. jeżeli chodzi o IPA to najbardziej cenię Harpoon. To marka z Bostonu, skąd pochodzę. To piwo przypomina mi smakiem rodzinne strony i dlatego bardzo je cenię. Jeżeli chodzi o piwa niemieckie, to często piję Rothaus Pilzner. Chyba najlepsze, co znalazłem w Niemczech. Ale jak już mówiłem ? piję sporo piwa, więc trudno wybrać jakieś jedno ulubione.

Pytam bo ? jak zresztą wspomniałeś ? siedzisz teraz w Niemczech, a Niemcy są całkiem nieźli w piwo.

Tak, znają się na paru stylach. Ostatnio Niemcy zaczynają się orientować, że świat piwa się zmienia i ludzie coraz częściej chcą się napić czegoś innego niż standardowy pilzner. Tak więc owszem, są dobrzy w tym co robią, ale też uczą się szybko nowych styli.

Co takiego jest w Berlinie, że zdecydowałeś się tam przeprowadzić?

Moja historia powrotów do Niemiec trwa już 5 lat. Na początku studiowałem tutaj, potem pracowałem tutaj jako nauczyciel, ale jednak wróciłem do Stanów. Mimo to zawsze myślałem o zamieszkaniu w Niemczech, a w szczególności w Berlinie. To miasto jest bardzo otwarte, bardzo żywe, z masą kultury, sztuki i inspiracji, a jednocześnie ciągle jest dość tanie jeżeli chodzi o koszty życia. Gdy wróciłem do Bostonu poczułem, że  wszystko jest tam trochę zastane, mniej dynamiczne. Zawsze pociągał mnie europejski styl życia, zwłaszcza Berlin wydawał mi się świetnym miejscem, gdzie mogę żyć i pracować jako muzyk. Do tego mam teraz dziewczynę z Europy, która również zdecydowała się przeprowadzić do Berlina. Zresztą jakby nie patrzeć, nie jestem tak naprawdę tak daleko od Bostonu. Sama decyzja o przeprowadzce była spontaniczna, ale stały za nią różne doświadczenia sprzed ostatnich 10 lat mojego życia.

Wielu muzyków podkreśla jak wielki wpływ na nich miał Berlin. Myślisz, że miasta mogą inspirować artystów? A jeżeli tak ? to przez co? Architekturę? Kulturę? Ludzi?

Cóż, jasne, że mogą. U mnie działa trochę inaczej, ponieważ zawsze najwięcej inspiracji daje mi kontakt z naturą niż z miastem per se, natomiast istnieje tutaj też praktyczna strona medalu. Tak jak powiedziałem ? Berlin to bardzo liberalne i otwarte miasto. Możesz być dowolnym dziwakiem i nikt nie patrzy tutaj na ciebie z góry z tego powodu. Do tego nie jest bardzo drogie, więc muzycy nie muszą pracować tak ciężko aby się utrzymać i mają więcej czasu na ćwiczenia. Do tego miasto gromadzi mnóstwo inspiracji ? interesujących ludzi, muzyków, wydarzeń. Dla mnie ? Amerykanina ? miasto takie jak Berlin nie jest może najpiękniejszym miejscem, ponieważ w Europie jest o wiele więcej atrakcyjnych miejsc, ale może być też ciekawe ze względu na swoją historię. Miasto niszczone i odbudowywane tak wiele razy. Także nie powiedziałbym, że samo miasto mnie inspiruje, ale zdecydowanie wpływa na moją muzykę, tylko że w inny sposób.

Nagraliście cover Hendrixa. Co znaczy dla was ta postać?

Ta kompilacja dla Magnetic Eye Records to była dla nas trochę dziwna sprawa. Zostaliśmy poproszeni o zrobienie coveru Hendrixa, ale po pierwsze ? nigdy wcześniej nie nagrywaliśmy żadnego coveru. Po drugie ? żaden z nas nie jest wielkim fanem Jimiego. Oczywiście był fantastycznym gitarzystą z unikalnym stylem, ale nigdy nie uprawiałem jakiegoś kultu czy czegoś podobnego. Ostatecznie zdecydowaliśmy się to zrobić i potraktować jako eksperyment ? wziąć coś bardzo znanego ? “Voodoo Child” to w końcu klasyk rocka psychodelicznego ? oraz dość prostego i przerobić na naszą własną modłę. Ale tak jak już mówiłem ? nie stoi za tym żaden kult Hendrixa ani składanie mu hołdów.

Widziałem was dwa razy na żywo i byłem pod wrażeniem z jaką pasją i zaangażowaniem gracie swoją muzykę. Nie jest trudno wkładać w to ciągle tyle samo emocji, kiedy po każdym gigu trzeba spotykać podobnych ludzi i słuchać tych samych pytań i komplementów o waszej muzyce?

Szczerze mówiąc to niezbyt trudno. Jestem zachwycony tym, jak wiele wsparcia i pochwał otrzymujemy od swoich fanów i, szczerze mówiąc, nie rozumiem muzyków, którzy nie podchodzą do tego w ten sposób. Jak możesz nie doceniać, gdy ktoś mówi, jak bardzo kocha twój zespół i twoje płyty, jesteś po prostu dupkiem jeżeli tego nie robisz. <śmiech> Z kolei koncerty to jedyna okazja, aby spotkać ludzi, którzy słuchają naszej muzyki i nas wspierają i uwielbiam to. Dlatego właśnie sami sprzedajemy swój merch. Oczywiście zawsze znajdzie się ten pijany koleś, który przypiera cię do muru i magluje przez godzinę, ale ostatecznie ? to i tak nie wynika ze złych intencji tylko z dobrych. Kochamy swoich fanów.

A nie nudzi cię granie tych samych numerów w kółko na trasie?

Zdecydowanie możesz poczuć się znudzony, gdy grasz ten sam kawałek setki razy w ciągu roku. I tak, można poczuć się znudzonym samym utworem, ale czynność grania go na żywo zawsze jest ekscytująca ? wiesz, adrenalina to najlepszy narkotyk. Zawsze staramy się dać jak najlepszy show dla ludzi, którzy zapłacili i przebyli długą drogę, aby nas zobaczyć. Gdy w zespole nie będzie żadnej pasji myślę, że zrezygnujemy z robienia muzyki w ogóle. Zawsze staramy się wprowadzać coś nowego i nieustannie się rozwijać, aby to wszystko było ciągle ekscytujące i świeże.

Czemu “Dead Roots Stirring” jest tak różne od waszego debiutu?

Z tego samego powodu, dla którego wszystkie nasze płyty są różne ? bo dojrzewamy jako muzycy, zbieramy nowe inspiracje i po prostu lubimy eksperymentować z czymś nowym. Kiedy nagrywaliśmy debiut słuchaliśmy innych rzeczy. Byliśmy tylko dzieciakami zasłuchanymi w generyczny stoner, doom i tego typu rzeczy. Wraz z poszerzaniem się horyzontów i palety dźwięków przyjmowaliśmy nowe doświadczenia i staraliśmy wykuć na ich podstawie coś nowego i swojego. W Elder wszystko jest otwarte, nie mamy jednego pomysłu na brzmienie, zawsze tak to wyglądało.

Co czułeś nagrywając drugi album? Nie miałeś poczucia, że fanom może się nie spodobać nowy kierunek?

Tak naprawdę nie mieliśmy wtedy żadnych fanów. Nagraliśmy ten album w 2007 i musieliśmy czekać rok, żeby w ogóle dostać z tego CD. Potem pojawił się winyl i dalej nikt o nas nie wiedział. Nikogo to nie obchodziło. Nie było więc żadnych oczekiwań, pisaliśmy kawałki dla samej frajdy z ich pisania. Tak naprawdę dopiero od niedawna można mówić o naszym “fanbase”, myślę, że to się stało około 2015. Wcześniej gdzieś tam istnieliśmy ale zespół nie był jeszcze całkiem na serio.

A po “Dead Root Stirring”?

Gdy wyszedł “Dead Roots Stirring” ciągle nikt o nas nie wiedział. Ten album przez lata zaczął zdobywać popularność, ludzie zaczęli go odkrywać, ale nie wyrobiliśmy sobie jeszcze na nim marki. Po DRS wypuściliśmy EP “Spires Burn/Release”, którą uważam za o wiele lepszą od DRS, ale nadal nie mogliśmy mówić o jakiejkolwiek popularności. Jeżeli chodzi o oczekiwania, to też niezbyt… Może nie chodzi o to, że nie interesuje nas czego chcą ludzie, ale zawsze chcieliśmy ludzi czymś zaskoczyć. Wprowadzić nowe pomysły, nowe brzmienie, czy niespodziewane zwroty akcji. Odkryliśmy zresztą i jesteśmy co do tego bardzo pewni, że nasi fani mają otwarte umysły i lubią różną muzykę.

Nie uważasz, że w waszej muzyce następuje pewnego rodzaju zderzenie światów? Rock psychodeliczny z lat 60 z rockiem progresywnym z lat 70?

Pewnie. To znaczy bardziej wolę określenie “łączenie światów” niż “zderzanie”. <śmiech> To samo wychodzi podczas pisania numerów. Po prostu stwierdzam np. “o tutaj dobrze brzmiałby krautowy patent” i gram w ten sposób. Mam pewne wyobrażenia o dźwięku, np. w danym momencie chciałbym coś miękkiego, melodyjnego i to staram się zaimplementować. Wszystko jest otwarte, kiedy nie myślisz o czyichś oczekiwaniach, tylko zastanawiasz się co może ulepszyć cały kawałek. Czasami może być trudno utrzymać to wszystko w kupie, aby miało ręce i nogi, ale na końcu i tak to wszystko jest rock?n?roll. Ciągle mówimy o podgatunkach ogólnie pojętej gitarowej muzyki, nie wprowadzamy np. elektronicznych beatów do naszej muzyki. Ale dzięki takiemu otwartemu podejściu, o jakim mówiłem, myślę, że możemy mieć większą radochę z grania w zespole oraz pisać bardziej różnorodną muzykę.

Gdy ktoś mnie pyta “jaką muzykę gra ten Elder” to mam problem.

Witaj w moim świecie. To te codzienne zmagania z próbami wytłumaczenia komuś co robię ze swoim zespołem. Babcia pyta “Och Nick, słyszałam, że masz zespół, co tam gracie?”, przecież nie odpowiem jej “Och babciu, gramy psychodeliczny stoner rock z elementami kraut rocka…” itd. Po prostu mówię “Gramy rocka” ? i tyle. To po prostu rock?n?roll i ten, kto czuje taką muzykę, na pewno zrozumie.

Zawsze postrzegałem waszą muzykę jako ciepłą i pełną melodii, ale z drugiej strony gdy czytam teksty odkrywam drugą jej stronę ? pełną smutku i pewnego rodzaju rozczarowania. Mam wrażenie, że coś mrocznego czai się pod powierzchnią. Idę w dobrą stronę?

Zdecydowanie idziesz w dobrą stronę. Zarówno “Dead Roots Stirring” jak i “Lore” mają swoją centralną oś, wokół której obraca się tematyka całego albumu. DRS było głównie o nadziei oraz związanym z nią odrodzeniu ? jeżeli miałbym opisać album dwoma słowami. Z perspektywy czasu to był dużo bardziej pozytywny i ciepły album. Z kolei “Lore” porusza ciemniejsze tematy o tym, jak ludzie próbują radzić sobie z rzeczywistością i jak odkrywają życie oraz śmierć, jak racjonalizują sobie ciężkie tematy, z jakimi muszą żyć. Zdecydowanie wyszła nam płyta dużo bardziej introwertyczna, dotykająca tych bardziej depresyjnych emocji. Moją intencją nie było jednak stworzenie albumu depresyjnego, po prostu jest w tym ? jak sam powiedziałeś ? element smutku. Liryki nie są jednoznaczne ? one znaczą coś dla mnie, lecz mogą znaczyć coś kompletnie innego dla słuchacza. Każdy może je interpretować po swojemu, nie narzucam żadnych ograniczeń.

Po co bierzecie czwartego członka zespołu na nadchodzącą trasę po Europie?

Myśleliśmy o graniu w cztery osoby od bardzo długiego czasu. “Dead Roots Stirring” było łatwe do grania w trójkę. “Lore” ? tutaj już były pewne problemy ale znaleźliśmy sposoby na odegranie większości materiału. Natomiast na nowym albumie pomysły stają się coraz bardziej złożone i rozbudowane i doszliśmy do ściany jeżeli chodzi o możliwości wykonywania tego materiału na żywo.

On będzie grał na klawiszach, prawda?

Tak. Nie chcemy się po prostu ograniczać. Nie chciałbym nagrać albumu (tak jak to zrobiliśmy niedawno w grudniu), z którego będę w stanie zagrać tylko połowę na żywo. To jest główny powód, dla którego bierzemy czwartego członka ? chcemy oddać pełnię naszej muzyki na żywo, tak, jak brzmi ona na płytach. Poza tym Mike (Riesberg ? przyp. red.) to nasz dobry przyjaciel od wielu lat. Wiadomo ? jeżeli grasz w trzy osoby przez 10 lat to pomysł dołączenia czwartego członka może się wydawać przerażający, ale Mike to świetny muzyk, którego obecność otwiera nam możliwości na więcej jamowania, improwizacji na scenie i uczynienia całego widowiska po prostu bardziej interesującym. To po prostu kolejny krok na ścieżce rozwoju naszej muzyki wraz ? tak jak z każdym wydawnictwem.

A więc to tylko muzyk sesyjny?

Na razie po prostu nie wiemy. Nigdy nie graliśmy w czwórkę, nigdy nie graliśmy tras w czwórkę. Mike dołączył i mamy nadzieję, że wszystko uda się świetnie, ale życie w trasie przez miesiące, a nawet lata, nie jest dla każdego. Dlatego zanim wciągnięmy kogoś w to na dobre chcemy się upewnić, że to jest to, czego obie strony szukają. Najbliższa trasa po Europie będzie też więc pewnego rodzaju eksperymentem dla nas.

Macie zamiar przearanżować swoje stare numery aby zrobić w nich użytek z czwartego instrumentu?

Może coś z ?Dead Roots Stirring” ? ale ogólnie nie sądzę, że będziemy grać dużo starego materiału. Na ?Lore” bez problemu da się wykorzystać drugą gitarę lub keyboard. Natomiast co do nowego albumu ? potrzebuje minimum 2 gitar na żywo i trochę klawiszy. Teraz mamy sporo czasu aby przerobić kompletnie nasz live set i myślę, że wyewoluujemy w coś kompletnie nowego. Jesteśmy tym wszystkim bardzo podekscytowani.

Trochę mi teraz smutno bo liczyłem na jakieś wasze stare numery do zobaczenia na żywo, np. numer ?III” z DRS.

Ten akurat ma sporo miejsca na różne ulepszenia, improwizacje. Jest w nim dużo atmosfery i jest w nim miejsce do zagospodarowania dla drugiej gitary. Myślę, że całkiem dobrze nam idzie ogrywanie tej płyty w trójkę, ale z pewnością przyjrzymy się całemu naszemu dorobkowi i dopracujemy nasz live set przed letnimi występami. Nie smuć się na zapas.

Po prostu mam nadzieję, że nie zapomnicie o starszych kawałkach.

Nie nie, rozumiemy to kompletnie. To jest część bycia w zespole i posiadania dorobku płytowego. Może i kiedy nagrywamy album to myślimy tylko o sobie, ale kiedy gramy na żywo to zastanawiamy się co ludzie chcieliby usłyszeć. Ludzie zawsze chcąc słyszeć coś z ?Dead Roots Stirring”, jakieś ?Gemini” lub podobne. Nie chcemy ich zawieść. <śmiech>

Nick ? kiedy ty właściwie zacząłeś grać na gitarze? Jesteś jeszcze bardzo młody ? masz zaledwie 28 lat a już wymiatasz.

Grałem w wielu zespołach. Byłem po prostu kolesiem dorastającym w liceum w małej miejscowości więc grałem z kim popadło, z kimkolwiek, kto w ogóle chciał to robić. Ale nie miałem wtedy jakiegoś prawdziwego zespołu. Przygodę z gitarą zacząłem gdy miałem może 13 lat, coś koło tego.

Zawsze mnie zastanawiało jak to się wszystko dla ciebie zaczęło.

Jestem w 99% samoukiem. Miałem taki krótki okres, miałem wtedy pewnie z 15 lat, kiedy ja i Jack, nasz basista, braliśmy razem lekcje gitary u lokalnego nauczyciela. To był gitarzysta jazzowy i braliśmy od niego lekcje przez parę miesięcy. Nauczył mnie speed pickingu, ale jednak był to nauczyciel jazzu, stąd nie miał on nas jak nauczyć jak grać Iron Maiden czy innych rzeczy, które chcieliśmy grać. Cała reszta to po prostu słuchanie muzyki i próba rozebrania jej na części na własną rękę. Myślę jednak, że ostatecznie dobrze się stało. Może i teraz nie mam wielkiej wiedzy na temat teorii muzyki, nie mam pojęcia o tej całej terminologii ? bo nigdy jej nie studiowałem ? i w sumie nie interesuje mnie to, ale nabrałem pewnego rodzaju intuicji. Jestem takim dzikim dzieckiem, po prostu kładę rękę na gryfie i wiem, gdzie ona powinna podążać. Nie potrzebuję niczego więcej.

Czasem myślę, że mocne podstawy teoretyczne mogą być pomocne, ale jednocześnie mogą stanowić ograniczenie, zamknięcie się w jakiejś klatce, schemacie. Gdy tego nie masz nie boisz się grać czegokolwiek, co przyjdzie ci do głowy. Mam jakąś tam wiedzę o akordach i gdzie one są umieszczone na skali, ale nie znam szczegółowych pojęć z teorii muzyki. Wszystko co mam to nieskończone godziny grania na gitarze. Gdy gram i komponuję wierzę więc intuicji.

Co ty w ogóle sądzisz o tej całej stoner/doomowej scenie?

Nie bardzo interesuje mnie już stoner rock sam w sobie. Zawsze bardziej interesował mnie doom niż stoner. Mam wrażenie, że ta scena pożera własny ogon i nieustannie powtarza te same patenty, dlatego nie słucham dużo takiej muzyki i nie jaram się jakoś nadmiernie. Myślę, że to po prostu kwestia przesytu ? o który nietrudno, gdy gra się 10 lat z zespołami tego typu. Są stare składy, które bardzo cenię. Np. graliśmy trasę ze Spirit Caravan. The Obsessed wydają teraz nowy album i ogólnie kocham wszystko co wypuścił Wino. Ale to dlatego, że z tą muzyką mam dojrzałą, bardzo osobistą, a nawet nostalgiczną zażyłość.

Kiedy zdecydowaliście, że będziecie żyć z muzyki?

Pamiętam to dobrze ? to było w kuchni Matta w Bostonie, gdzie kiedyś mieszkaliśmy. Właśnie wróciłem z lekcji niemieckiego i właśnie nagraliśmy ?Lore”. Rozmawialiśmy o wszystkich możliwościach jakie właśnie się przed nami otworzyły i okazało się, że aby to zrobić wszyscy muszą rzucić swoją pracę. To było w 2015, może na przełomie 2014 i 2015. Trochę przed tym jak wydaliśmy ?Lore”. Po prostu powiedzieliśmy ?jebać to, jak tego nie spróbujemy to będziemy żałować do końca życia”. Ta decyzja utwierdziła mnie także w innych krokach, które podjąłem. Zdałem sobie sprawę, że możemy żyć na własnych warunkach. Nie jest to najwygodniejsze i najłatwiejsze życie ale jestem szczęśliwszy niż mogłem sobie to wymarzyć. Jeżeli bardzo wierzysz w to co robisz to dobre rzeczy wreszcie będą miały miejsce. Myślę, że my akurat mieliśmy dużo szczęścia.

Gwoli wyjaśnienia ? to, że wasze logo jest napisane tą samą czcionką co logo Budgie to oczywiście nie przypadek?

Nie, to nie przypadek. To sprawka naszego rysownika. Co ciekawe ? nawet nie wiedziałem co to Budgie kiedy to logo powstawało. Zajęło mi chyba z rok aby kapnąć się, że pożyczyliśmy czcionkę od Budgie, Adrian (Dexter, artysta odpowiedzialny za wszystkie okładki Elder za wyjątkiem ich EP ?Spires Burn/Release” ? przyp. red.) nam oczywiście niczego nie powiedział. Ale myślę, że to super ponieważ kocham Budgie. Roger Dean (autor m.in. okładki do ?Squawk” Budgie ? przyp. red.) to prawdopodobnie mój ulubiony twórca okładek wszechczasów i to nawiązanie to ukłon w jego stronę.

Rdzeniem waszej muzyki są fantastyczne, melodyjne riffy twojego autorstwa. Powiedz jaką rolę w komponowaniu i ogólnym brzmieniu zespołu mają Jack i Matt?

Cóż, Jack i Matt brali coraz to mniejszy i mniejszy udział w komponowaniu nowych kawałków ? aż do momentu, w którym nowy album to praktycznie w całości moje dzieło. W naszym zespole zawsze to tak wyglądało. Jestem autorem właściwie wszystkiego. Piszę też linie basu i perkusji, ale robię to z perspektywy gitarzysty, dlatego Matt i Jack podczas nagrywania muszą nadać własny charakter tym partiom. Niejako interpretują i wymyślają je na nowo.

Zbierasz winyle?

Niestety tak. Kosztowne hobby.

O tak, ale wg mnie często takie nagranie brzmi o wiele lepiej. Co sądzisz o tym całym odrodzeniu winyli i ogólnie analogowego brzmienia?

Myślę, że to super. Kiedy byłem mały zbierałem płyty CD, a winyl nie był w ogóle popularny. W pewnym momencie mojego nastoletniego życia zacząłem zbierać punkowe siedmiocalówki i zacząłem bardzo lubić ten format i jego brzmienie. Zawsze zbierałem nagrania z jakiegoś powodu. Te wszystkie płyty ? po prostu fajnie było mieć coś na fizycznym nośniku, coś, co musisz wyciągnąć i samodzielnie położyć na tym igłę, by posłuchać muzyki. Z czasem zacząłem doceniać też analogowe brzmienie. No i nie ma co ukrywać ? jest to sposób na przetrwanie całego tego muzycznego biznesu. W czasach, gdy wszystko jest cyfrowe istotnym jest, że muzyka istnieje gdzieś jako fizyczny artefakt. Jak książka. Nie przepadam za czytaniem książek z ekranu, wolę mieć fizyczną kopię. Nie inaczej jest z muzyką. Cieszę się, że w dzisiejszych czasach mogę mieć analogowe nagranie właściwie każdego zespołu, o jakim mógłbym marzyć.

Dobrze Nick. Dzięki za rozmowę i do zobaczenia w Pleszewie.

Dzięki wielkie stary!

Rozmawiał: Konrad Szejdewik

Elder wystąpi 15. lipca na festiwalu Red Smoke w Pleszewie.