Nie ma chyba w Polsce osoby, która wie co to stoner i nie zna wrocławskiego MuN. Grupa ma na swoim koncie już dwa krążki. Instrumentalny, solidny “Axis Mundi” nie nie wywrócił może sceny do góry nogami, ale już kolejny — “Opia” nagrany po poszerzeniu składu o wokalistę — wytyczył nowe szlaki w tym, jak świeżo i poruszająco może brzmieć muzyka spod znaku fuzza i zielonego liścia. Co grupa robiła do tej pory w 2019 roku, jakie ma plany oprócz występu na Soulstone Gathering Warm Up, co sądzi o stonerowej, polskiej scenie i jak się na niej czuje? O tym między innymi przeczytacie w wywiadzie, jaki udzielili mi reprezentanci MuN: basista Pedro i wokalista Glasonsky.

Cześć MuN! Jak zdrówko?

Pedro: W porządku! Wątroby zdrowe, głowy także, jesteśmy w formie.

Glasonsky: A witać, witać. Zdrówko dopisuje. Człowiek starszy, ale wciąż żywy. Co można policzyć za sukces! (haha)

Graliście ostatnio na Fląder Festival — możecie powiedzieć o tej imprezie i samym gigu coś więcej? Jak wrażenia?

P: Impreza w przecudnych okolicznościach. Scena nad brzegiem morza to coś wyjątkowego. Niepowtarzalny klimat. Dla mnie to jeden z ciekawszych gigów, jakie zagrałem do tej pory.

G: Fląder Festival był jednym z tych występów, który wytrącił mnie z rutyny. Zaznaczyć trzeba na wstępie, że cała impreza była organizowana przez ludzi spoza naszej branży, nieznanych dla nas. Kiedy jechałem do chłopaków pociągiem, myślałem „niby wszystko ok: znam technikalia, wiem, gdzie śpimy, ale czy to wszystko przebiegnie zgodnie z planem?”. Druga sprawa — z racji natury festiwalu nasz koncert (i tym samym muzyka) była otwarta dla ludzi z zewnątrz. Dosłownie każdy, kto przyszedł na plażę, mógł posłuchać sobie jak gramy. Nawet moi rodzice, jakby bardzo chcieli. To wszystko spowodowało, że wchodząc na scenę, czułem dawno zapomniane igły w brzuchu. Ale było mega! Ekipa nagłaśniająca ten fest to megaprofesjonaliści. Nie dość, że wszystko brzmiało dobrze na przodach, to jeszcze na scenie dźwiękowo panował super porządek. Podczas koncertu nagle zaczęło coś strzelać. Myślałem, że to odsłuch Jankesa wysiada, więc zacząłem go zaczepiać z miną “wtf”, a on pokazał mi, że odpalili sztuczne ognie na horyzoncie! I jeszcze to morze. Nocą. Niby cholera piszę te teksty, a emocji, które siedziały we mnie podczas seta, nie jestem w stanie oddać składnie. Jeżeli będę miał wnuki, na bank usłyszą o tamtym Fląderze! Zeszliśmy z desek z uśmiechniętymi mordami. Widziałem, że ludziom koncert się podobał. Czego chcieć więcej?

Uważacie, że organizowanie takich imprez – otwartych dla wszystkich, to dobra opcja mająca szansę poszerzyć horyzonty muzyczne randomowych odbiorców, którzy znaleźli się w danym miejscu i czasie? Czy raczej ryzykodo nieporozumień na linii wyrzucony ze zwyczajowego kontekstu artysta – publiczność?

P: Sądzę, że to jak najbardziej dobra opcja. Możliwość pokazania się komuś spoza dość wąskiego grona, nazwijmy to „stonerowego”. Rozwojowe i dla nas — grajków i dla potencjalnego słuchacza, który ma szansę usłyszeć coś nowego. Sam poznałem tego typu muzykę dość przypadkowo i pochłonęła mnie ona do reszty. Gdybym nie był wtedy w tamtym miejscu, to być może nie wiedziałbym nadal, czym jest Eyehategod czy Kyuss.

G: Ryzyko bycia niezrozumianym czy wyśmianym to integralna część grania i wydawania muzyki. Jeżeli ktoś z publiki krzyknie sobie, dajmy na to, „Chujowy wokalista!”, a w tym samym czasie ktoś inny będzie stał i myślał „W sumie spoko muza, muszę obczaić, co to jest na chacie” to jestem gotowy zapłacić taką cenę. Jedną z podstawowych umiejętności grania jest twarde serce i dupa. Jeżeli ktoś tego nie ma, to nie jest gotowy na deski — taka moja skromna opinia.

Przed Flądrem pojawiliście się na Mountain Jam Generator Party. To impreza znacznie odbiegająca od typowego festiwalu. Dużo dobrego mówił o niej Kamil Ziółkowski, z którym miałem okazję rozmawiać w zeszłym roku przy okazji występu Palm Desert i Spaceslug na Soulstone Gathering Festival. Co Wy sądzicie o Generator Party?

P: Kolejna magiczna sceneria. To ciekawe, że coraz więcej jest imprez odbywających się „pod chmurką”. Uważam to za bardzo dobry kierunek. Żyjesz wtedy nie tylko muzyką, ale i każdym elementem dookoła. To coś, czego nie znajdziesz na klubowym koncercie. To była dopiero druga edycja festiwalu, organizacyjnie jest parę spraw do poprawy, ale potencjał w tej imprezie jest ogromny. Uważam, że warto obserwować tę inicjatywę i zarezerwować sobie termin przyszłorocznej edycji.

G: Wypocząłem. Lądek-Zdrój to dobre miejsce dla ludzi w moim wieku. Klimat tego miejsca jest magiczny. Kiedy pokazywałem znajomym zdjęcia z miejsca, gdzie odbywa się ten koncert, nie mogli uwierzyć, że można grać w takiej scenerii. Dzięki takim występom czuję, że było warto siedzieć na tych zatęchłych salkach prób przez kilkanaście lat i piłować słuch. Chociaż taszczenie sprzętu pod górę i z góry trochę bolało…

Ok, wracamy z wakacji. Zmiana, jaka zaszła między Waszym debiutem „Axis Mundi”, a drugim albumem „Opia”, jest ogromna. Oczywiście duży związek z tym miało wprowadzenie do muzyki MuN wokalu. Z tego, co opowiadał mi kiedyś Pedro, doszło do tego dość spontanicznie i na zasadzie eksperymentu. Efekt jest piorunujący! Czy spontaniczność i eksperymenty nadal Wam towarzyszą?

P: Spontan i kreatywność to klucz do robienia dobrej, ciekawej muzy. Staramy się nie ograniczać w tym. To musi „oddychać” i trochę „żyć własnym życiem’’. Nie eksperymentujemy już ze składem osobowym, znaleźliśmy tutaj optimum, za to muzycznie każdy z nas reprezentuje inne „poglądy” i dzięki temu mamy szerokie pole do kombinowania.

G: Ze swojej perspektywy widzę to tak: MuN muzycznie nie ma nic do stracenia, nikt nie rzuca w naszym kierunku swoich oczekiwań, nie mamy presji. Jesteśmy wolni. Żaden z nas nie czuje się związany z rodzajem muzyki, który gramy. Każdy z nas inspiruje się wszystkim, tylko nie tym rodzajem muzyki. Myślę, że po wydaniu następnego materiału jedyne co się do nas przylepi to opinia, że nie wiadomo co wymyślimy następnym razem. To dobra pozycja do rozwoju i grania. O takiej pozycji marzę.

Glasonsky a czy Ty wcześniej korzystałeś ze swojego głosu w ten sposób? Mam na myśli sporą część partii, gdzie Twój głos wpuścił dużo „powietrza” do muzyki MuN, te wszystkie szepty, oddechy i „murmumranda”. Trudno było Ci się wpasować w taką konwencję, czy poszło naturalnie, bez walki z podejściem do śpiewu i samym głosem?

G: (haha) Wcześniej darłem mordę do kawałków trwających poniżej minuty, modląc się, by nie dostać wylewu przy następnym wjeździe na blast! Brałem udział w jeszcze jednym śpiewanym projekcie, ale MuN jest pierwszą kapelą, w której używam głosu w taki sposób. Na początku poszło bardzo naturalnie. Pierwsze sekundy pierwszej próby MuN, na której byłem, przypadkiem były zaśpiewane w sposób podobny do tego, co słychać na „Opii”. Natomiast teraz, przy okazji trzeciej płyty, rozpoczął się dla mnie marsz pod górę. Gdy chłopaki zlepili pierwsze szkice, powiedziałem sobie „Ok, mam taką i taką podstawę, w tym jestem dobry, a teraz czas zobaczyć jak daleko jestem w stanie popchnąć sam siebie”. Z nowym kawałkiem zagranym na Red Smoke nie ma szału z mojej strony, bo ma on sznyty starego materiału. Natomiast kolejne utwory — ło panie, trzymaj pan za mnie kciuki! (haha)

To jak już zaczęliśmy o trzeciej płycie – możemy spodziewać się jej niebawem? Uchylicie rąbka tajemnicy, co na niej będzie? Utwór, który graliście na Red Smoke Festival, brzmiał bardzo zachęcająco!

P: Nowy materiał się tworzy. Podobnie jak w przypadku poprzednich wydawnictw także i to będzie oscylowało wokół konkretnego tematu. Więcej o tym powie Glasonsky, to on „ubiera” naszą muzykę w słowa.. Ja mogę powiedzieć więcej o warstwie muzycznej, a ta będzie w moim odczuciu bardziej surowa i mroczna w porównaniu do albumów „Opia” i „Axis Mundi”. Na Red Smoke daliśmy próbkę tego materiału w postaci jednego nowego numeru. Na kolejnych koncertach być może ujawnimy coś więcej.

G: Czy niebawem, tego nie jestem w stanie powiedzieć. Próbujemy uczyć się na błędach. Jeden przykład: z „Opią” daliśmy ciała, jeżeli chodzi o promocję — takie mam uczucie. Gdybym powiedział teraz: „Trójka wyjdzie w marcu” uciąłbym nam czas na spokojną kontemplację tego, co możemy poprawić. Więc powiem tylko tyle — materiał mamy. Nie jest on jeszcze zamknięty, cały czas go obrabiamy. Nie wiemy, czy nie wpadnie nam jeszcze jakiś dodatkowy utwór w międzyczasie. Powoli myślimy o bookowaniu studia. Jesteśmy bliżej niż dalej. To, co graliśmy na RSF, jest tematycznie najbliżej “Opii”, zgrywa się z listą, którą obecnie prezentujemy. Na trójce będziemy płynąć dalej, o wiele dalej. Tak daleko, że zaczynam mieć przeczucie, iż MuN powoli żegna się ze stonerem.

OK, a jakich błędów zamierzacie nie popełniać? Czy to kwestia pokazania się szerszej publiczności, czy bycie bardziej aktywnym w socialach?

G: Błędy od strony organizacyjnej, przygotowania kolejnych elementów na wydanie, social, tak jak wspomniałeś itd. „Opia” była dla nas rzutem na głęboką wodę ze względu na jej zasięg, ale odebraliśmy lekcję. Dla mnie każda publika jest cenna, mała czy duża, nieważne. Ważne jest to by czuli, że było warto być na koncercie. I na tym właśnie koncentrujemy się najmocniej w tym momencie. Chcemy dodać coś obok samej muzyki. Chcemy zrobić coś epickiego. I to będzie dla nas właśnie ta poprawa, której pragniemy najbardziej.

Powiedzieliście, że MuN żegna się ze stonerem, ale jako, że jeszcze się nie pożegnał, mam pytanie o samą istotę gatunku. We wspomnianym wcześniej wywiadzie, Kamil wspomniał o tym, że aby ta muzyka, tworzona dziś, była ciekawa, powinna zawierać elementy spoza tak gatunku. Zgodzicie się z tym?

P: Moim zdaniem stoner sam w sobie jest zamkniętym gatunkiem. Wszystkie riffy zostały już zagrane, a melodie zaśpiewane. Jedynie można „upiększyć” to o jeszcze większą ilość efektów, więcej przesteru, ale rewolucji już się nie zrobi. To nudne. Naturalnym krokiem, aby wyjść z tej „nudy” jest wplatanie elementów z innych gatunków. Im więcej ich, tym dalej od stonera i tym ciekawiej, zarówno dla grających, jak i dla słuchaczy.

G: Nie mam pojęcia, jak to wygląda, jeżeli chodzi o stoner. Nie mam wielkiego doświadczenia z tym gatunkiem. Zauważyłem tylko tyle, że tzw. „standard” jest niezwykle duszny, z góry założony i określony, zagrany już tysiące razy. Ale wiesz co? Jedną z zalet bycia w MuN jest to, że dane mi było posłuchać na żywo mnóstwo fantastycznych kapel grających w naszej niszy i w moich oczach wygrywają ci, którzy mają odwagę wywalić okno krzesłem w tym ciasnym, stonerowym pokoju. Zresztą nie oszukujmy się — ta ewolucja nie dotyczy tylko stonera. Np. grind (teraz grind-core), w którym siedziałem większość życia ma już ten wzrost za sobą. I gatunkowi wyszło to na dobre. Ze stonerem będzie tak samo.

Czy to dlatego odchodzicie od gatunku, o czym wcześniej wspomniał Glasonsky? Czujecie, że ogranicza Was, czy raczej jest to naturalny proces, który nabiera rozpędu przez to, że trochę już we czwórkę pograliście?

G: Tak po prostu wyszło. Nie mieliśmy poczucia muzycznego przywiązania, więc machanie na pożegnanie gatunku nie jest jakoś mega ciężkie. To naturalny proces, jak sam to ująłeś.

P: Ja czuję pewne ograniczenia wynikające z zamykania się w konkretnym gatunku. Dla mnie to trochę sprzeczne z kreatywnością i „wolnością” twórczą. Z tego też powodu naturalnym jest, że będąc może ciut bardziej ambitnymi, staramy się nie ograniczać w ten sposób.

Będziemy Was mogli zobaczyć jeszcze gdzieś w tym roku poza koncertem na Warm Upie Soulstone Gathering?

O: Po Warm Upie zaliczamy przerwę, by na spokojnie ogarnąć temat trzeciej płyty i wrócić w nowej odsłonie. U mnie w niedługim czasie nastąpią wielkie życiowe zmiany, do których będę chciał się przystosować. Koncertowy urlop jest w tym momencie rzeczą wskazaną i potrzebną.

Ok chłopaki — w takim razie życzę powodzenia w nagrywkach i bezbłędnej promocji, aby Wasze nowe dźwięki dotarły do jak największej rzeszy słuchaczy! Czekam na album z niemałym zniecierpliwieniem! Piona!

O: Piona! Dzięki za Twój czas.

P: Piona i do zobaczenia na gigach!

Rozmawiał Tomasz Spiegolski