Major Kong: Recenzja EPki Brave New Kong

Od ostatniego pełnowymiarowego wydawnictwa Major Kong minęły dwa lata, lubelska załoga jednak w tym czasie nie próżnowała. Po wypuszczonym w kilkanaście miesięcy po „Doom Machine” splicie z Dopelord grupa wydała mini-album „Galactic Cannibalism”, a dosłownie przed chwilą, bo na początku września, ukazała się kolejna EP-ka, „Brave New Kong”.

Najnowszy materiał stonerowców z Lublina to zaledwie trzy utwory łącznie trwające niewiele ponad 13 minut. Pierwsze słowo, które mi się nasuwa po jego lekturze, to „surowość” i to w dwóch aspektach. Pierwszy z nich to produkcja i brzmienie. Przesterowane gitary sypią z głośników pyłem i piachem, sfuzzowany bas czujemy nie tylko w uszach, ale i żołądku, a dynamiczna, lecz dość obskurnie nagrana perkusja próbuje cały ten dźwiękowy brud i ciężar trzymać w ryzach rytmu. Brak jakichkolwiek wokaliz tę surowość i minimalizm dodatkowo podkreśla. Wszystko brzmieniowo balansuje pomiędzy nagraniem z salki prób a materiałem demo zarejestrowanym w studiu: bez przesadnego dopieszczenia, z zachowaniem dynamiki i surowości grania na żywo, ale też bez amatorszczyzny i asłuchalnej jakości.

Drugi aspekt, to podejście do kompozycji.  Począwszy od „Energy Whip” będącego trzyminutową wariacją na temat jednego motywu, poprzez oparte na kilku przeplatających się riffach „Escape from Holodeck” i „Pollution Halo”, wszystkie utwory sprawiają wrażenie raczej efektu jam session niż w stu procentach przemyślanych kompozycji. Jest sporo ciężaru, nie brakuje jednak melodii. Najbardziej do gustu przypadł mi drugi utwór, z walcującym riffem, w kulminacyjnym momencie słychać bardzo właśnie tę żywiołowość i naturalność tego grania, równie dobrą robotę robi zwolnienie pod koniec ostatniego kawałka.

Największą zaletą tej płyty jest bez wątpienia wspomniana surowość i spontaniczność, naturalność grania. Cierpi na tym różnorodność, niestety miejscami materiał sprawia też wrażenie niedokończonego pomysłu. Ale hej, to w końcu stoner, jeśli nie odpowiada wam przywalenie jakimś zajebistym riffem i zapętlenie tego przez 12 minut to i tak się nie zrozumiemy. Wszystkim lubiącym brud w głośniku polecam.

Piotr Kleszewski