Narkotyczna ścieżka dźwiękowa dla cudacznej opowieści ludowej

Kairon; IRSE! powoli staje się prawdziwym fenomenem na europejskiej scenie rocka psychodelicznego. Zespół ten wypracował całkowicie nową jakość oraz unikalne brzmienie, stapiając w sobie większość klasycznych rockowych patentów, podlewając je krautrockwą dekadencją. Kairon; IRSE! nie tylko robi rewelacyjną muzykę, ale również rzuca wyzwanie słuchaczowi – zespół nie publikuje liryk, nie nagrywa teledysków. Członkowie zespołu nie wywnętrzają się w wywiadach, wiele elementów tego przedziwnego amalgamatu ciągle pozostaje niejasne, ukryte. Jesteśmy niezwykle podekscytowani nadchodzącym występem Finów na Soulstone Gathering 2017 – tymczasem zapraszamy do przeczytania wywiadu.

Bycie śmiałym i innowacyjnym – co oznaczają dla was te pojęcia?

Niko: W kontekście uprawiania sztuki oznaczają odwagę eksperymentowania z różnymi rzeczami i nie przejmowanie się regułami lub czyjąkolwiek opinią.

Wydanie następcy „Ujubasajuba” pochłonęlo trzy lata. Choć obie płyty zawierają w moim odczuciu wasze charakterystyczne brzmienie i styl, wydają się prezentować zupełnie inne podejście: „Ujubasajuba” ma dziki, spontaniczny flow, „Ruination” jawi się natomiast jako dzieło rozważne, przemyślane, momentami niemalże wystudiowane. Trochę, jakbyście celem rozwoju muzycznego musieli ograniczyć tę dzikość złożonością struktur kompozycji i aranżacji…

Lasse: Tak, jesteś na dobrym tropie. Piosenki na „Ujuba…” nabierały ostatecznego kształtu w trakcie jammowania i improwizacji zarówno na próbach jak i w trakcie koncertów. Ogrywaliśmy te utwory co najmniej przez kilka lat przed wydaniem samego albumu. Jednak ostatnie piosenki jakie napisaliśmy na „Ujuba…”, czyli „Tzar Morei” oraz „Los, moh y gribi” mogły w pewien sposób zdradzać kierunek, w którym chcemy dalej podążać – więcej progresywności i psychodelii, mniej shoegaze’u.

Niko: Utwory, które znalazły się na „Ruination” w zasadzie powstawały od początku do końca w procesie przemyślanego komponowania. Zrobiliśmy sobie roczną przerwę od koncertowania, opracowaliśmy główne struktury utworów przy pomocy gitar w naszej sali prób i graliśmy je w kółko, wprowadzając po drodze pewne zmiany. Ponadto przy pracy nad „Ruination” po raz pierwszy nagrywaliśmy ogromną ilość demówek, praktycznie gdy tylko mogliśmy, co znacznie ułatwiło nam pracę.

Gdy przeglądałem dyskusje i recenzje dotyczące waszej ostatniej płyty, trafiłem na opinię, że „Ruination”, będąc płytą stapiającą ze sobą niemal wszystkie klasyczne tropy muzyki progresywnej lat 60′ i 70′, cytaty muzyczne i skojarzenia z różnych epok muzyki rockowej, przy okazji mocno zanurzoną we współczesnym post-rocku i nu-gaze’owym brzmieniu, balansującą na granicy pomiędzy amalgamatem tego, co zostało do tej pory osiągnięte w muzyce, a własnym, niezwykle unikalnym charakterem, jest – jako dzieło muzyczne – dyskusją na temat formy samej w sobie. Zgodzilibyście się z tym stwierdzeniem?

Niko: Tak. Powinniśmy używać wszystkiego, co zostało do tej pory osiągnięte w historii muzyki jako źródła inspiracji, nie ograniczać się do tylko jednej płyty czy stylu. Te dziwaczne albumy z lat 60′ i 70′ miały ogromny wpływ na ostateczny kształt „Ruination”, przede wszystkim jednak w sensie czerpania z eksperymentatorskiego podejścia do muzyki obecnego w tamtych czasach.

Okej, skoro ustaliliśmy już, co próbowaliście osiągnąć na „Ruination” od strony muzycznej, to czy możecie powiedzieć, czy podobnie przemyślany koncept mieliście również jeśli chodzi o teksty utworów i historię, którą album miałby opowiadać?

Niko: Wydaje mi się, że koncepcyjnie podeszliśmy przede wszystkim do muzyki. Pisząc ją wtedy towarzyszyła mi myśl, że ma to brzmieć jak narkotyczna ścieżka dźwiękowa dla cudacznej opowieści ludowej. Teksty na „Ruination” mają trochę abstrakcyjny, melancholijny nastrój, który pasuje do muzyki. Nie publikujemy ich jednak, gdyż chcemy zachować je w tajemnicy.

No właśnie, skoro już jesteśmy przy tekstach – nie mogłem nie zauważyć dwóch rzeczy. Po pierwsze, nie licząc utworu „Healing Fields”, absolutnie nigdzie nie można znaleźć tekstów waszych kawałków: nie ma ich ani na Facebooku, ani na Bandcampie, ani na YouTube. Ba, nawet w oficjalnych, fizycznych wydaniach waszej muzyki. Dlaczego unikacie udostępniania ich słuchaczom?

Niko: W ten sposób dajemy słuchaczowi przestrzeń do interpretacji. Skupiamy się raczej na muzycznej stronie całego przedsięwzięcia i to przy pomocy dźwięku staramy się odmalowywać różne nastroje, emocje, a odbiorca może sam sobie wyobrazić o czym opowiadają te piosenki.

Drugą rzeczą, o którą chciałem zapytać w kontekście tekstu jest język, a raczej języki, którymi się posługujecie tworząc teksty. Czasem jest to fiński, czasem angielski, jeszcze kiedy indziej – rosyjski. Co sprawia, że uważacie użycie konkretnego języka w danym przypadku? Zależy to od pochodzenia autora, jakiejś symboliki, czy może melodyki samego języka, która sprawdza się lepiej w danej piosence?

Niko: Cóż, właściwie to nigdy nie pisaliśmy po fińsku. Nasz basista i wokalista, Dmitry, pochodzi z Rosji, więc jeśli chcemy uzyskać nieco inny efekt, używamy rosyjskiego. Ma swoje własne, inne od angielskiego, brzmienie.

Rolę producenta „Ruination” powierzyliście Jun-Hisowi z Oranssi Pazuzu. Na pierwszy rzut oka K;I! ma bardzo mało wspólnego z Oranssi Pazuzu, czy począwszy od eksplorowanych gatunków, a na podejściu do pisania muzyki kończąc. Dlaczego postawiliście na współpracę akurat z nim i w jaki sposób wpłynęła ona na album jeśli chodzi o brzmienie czy kompozycje?

Lasse: Cóż, po prostu czuliśmy, że w studiu przyda się dodatkowa para uszu. Juho (Vanhanen) był łatwym wyborem, ponieważ jest naszym przyjacielem i pracowaliśmy już z nim poprzednio przy okazji utworu „Healing Fields”, który nie znalazł się na żadnym albumie. Juho współpracował również z Tomem Brooke, inżynierem dźwięku „Ruination” w swoim położonym na wsi studiu Tonehaven. Wiedzieliśmy po prostu, że współpraca z tą dwójką będzie łatwa i bezkolizyjna. Juho nie miał zbyt dużego wpływu na kompozycje, skupił się raczej na brzmieniu całości albumu oraz pilnował nas przy rejestrowaniu ścieżek.

Niko: Tak, zresztą kiedy Juho do nas dołączył w zasadzie wszystkie utwory były ukończone. Jesteśmy bardzo zadowoleni ze współpracy z nim, jednak przy okazji następnej płyty wydaje mi się, że wszystkim zajmiemy się sami, żeby uzyskać dokładnie takie brzmienie, na jakim nam zależy.

Skandynawia jest jednym z najmocniej kojarzonych z rockiem i metalem regionów na całym świecie. Jednocześnie, nie jest, oględnie mówiąc, mocno zaludniona, a odległości między poszczególnymi miejscowościami bywają ogromne. Wy sami pochodzicie z Seinäjoki, niewielkiego miasta w południowej części Finlandii. Jakie przełożenie ma to wszystko chociażby na koncertowanie i jeżdżenie w trasy? Przypuszczam, że sporym wyzwaniem, zwłaszcza przy graniu niszowej muzyki, jest zgromadzenie większej publiczności na gigu. Czy te czynniki to waszym zdaniem coś, co właśnie czyni scenę fińską unikalną? Czy może w dzisiejszych czasach zupełnie nie ma to znaczenia?

Lasse: Właściwie Seinäjoki nie uważa się za położone w południowej części kraju, miejscowość ta położona jest w całkiem bliskim sąsiedztwie zachodniej części Zatoki Fińskiej, 350 kilometrów od Helsinek. Osobiście uważam, że najlepsze fińskie zespoły pochodzą nie z obszaru Helsinek i okolic, a z mniejszych miejscowości (jest oczywiście kilka wyjątków). Dzieje się tak dlatego, że w mniejszych miastach nie masz w zasadzie zbyt wiele do roboty poza graniem, zwłaszcza zimą. Jeżdżenie w trasy za granicę jest trudne, wypożyczanie samochodów i bilety lotnicze mają horrendalne ceny, jak zresztą wszystko w Finlandii. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że fińska scena psychodeliczna trzyma się nieźle, jednak ilość osób, która się nią interesuje jest ograniczona. Przypuszczam, że trudno byłoby zgromadzić ponad 1000 widzów na wydarzeniu związanym z psychodeliczną odsłoną muzyki rockowej.

Wspominaliście wcześniej, że grając „Ujubasajuba” na żywo sporo jammowaliście i pozwalaliście sobie na dużo improwizacji w trakcie koncertów. Nie obawiacie się, że z takim materiałem jak „Ruination”, o zamkniętych i złożonych strukturach, które muszą być pieczołowicie odtwarzane żeby „zatrybić”, po prostu się zanudzicie grając co wieczór w bardzo podobny, jeśli nie taki sam, sposób?

Niko: Podczas koncertów podchodzimy do „Ruination” swobodniej niż sugeruje to płyta. Odrobinę improwizujemy brzmienie i efekty, praktycznie cały czas. A niektóre fragmenty to po prostu jammowanie. Non-stop przearanżowujemy swoje występy na żywo i setlisty, żebyśmy się nie znudzili.

Na koniec chciałbym zapytać o niezwykle frapującą mnie kwestię – cóż takiego wam uczyniła gramatyka, że skrzywdziliście ją tak haniebnie, wymyślając nazwę swojego zespołu?

Lasse: Chcieliśmy mieć nazwę tak irytującą, jak tylko jest to możliwe, żeby dzięki temu po prostu zapadała ludziom w pamięć. Chyba działa.

Rozmawiał Piotr Kleszewski