Za nami druga edycja Gruzilla Festiwal. Pofestiwalowy kurz gruz opada bardzo powoli, a kolejnej edycji już teraz nie możemy się doczekać!

25 sierpnia, wieczór zbliża się wielkimi krokami, a ja jestem pewien, że się zgubiłem. Niby jestem w centrum Wrocławia, a wokół same magazyny, przystanek tuż za Świębodzkim taki nie miastowy, a okolica sprawia wrażenie jakbym za minutę miał leżeć na chodniku. Z 14 ranami kłutymi w brzuchu. No tak, ale gdzieś tutaj lada moment ma rozpocząć się festiwal. Na szczęście po chwili spotykam kolegę, który prowadzi mnie przed sam klub, a tam… rodzi mi się w głowie pytanie, „czy jest lepsze miejsce w Polsce do grania gruzu z pod znaku sludge/stoner?”

Ogromny plac, pasmo magazynów, a na jego końcu widnieje tablica ozdobiona napisem „Black Moon”. Rozglądając się po okolicy czuję się jakbym trzymał w rękach Nocel Furii. Ze środka słychać pierwsze dźwięki – wchodzimy.

Wnętrze wygląda jakby byli tam regularnie torturowani ludzie, a jednak jest tutaj jakoś… swojsko. Spora ilość kanap – zarówno w środku, jak i przed wejściem. Natomiast prawdziwym źródłem, centrum festiwalowej integracji był postawiony przed klubem grill. Organizatorzy, strzał w dziesiątkę! DIY w czystej postaci. Na każdym kroku widać ogrom włożonej roboty, by to miejsce przypominało to, czym jest teraz. Żeby każdemu było wygodnie, a zarazem by nie traciło swojego surowego i obskurnego klimatu. Mógłbym snuć jeszcze długie rozważania, ale czuję, że lepszym wyjściem będzie odpalenie  O.D.R.Y i pozwolenie na zmaterializowanie się dźwięków, ot właśnie Black Moon.

O.D.R.A zaś jest wyznaczona by zagrać jako gwiazda kończącego się pierwszego dnia, przed nią wystąpi Kapitan Bongo, Bantha Rider, Torched i otwierający festiwal Ave Caesar. Jedyny chyba minus festiwalu to ponad godzinne obsuwy, pod których znakiem stał pierwszy dzień. Ale rozglądając się po twarzach przybyłych osób – chyba nikomu to nie przeszkadzało. Zabawa trwała w najlepsze. Przejdźmy zatem do samych koncertów. Tutaj plus należy się za nagłośnienie, które było na bardzo dobrym poziomie przez cały festiwal. Kapelą, która porwała publikę najbardziej był chyba Kapitan Bongo, a występująca zaraz po nich O.D.R.A w idealny sposób wpisała się w gruzillowy pejzaż. 

Drugi dzień i od razu zaskoczenie. Ludzie pod Black Moon zaczęli się schodzi już na blisko półtora godziny przed pierwszym gwizdkiem koncertem. Integracja na pełnej. Na scenie dzisiaj gruzuje Devour Universe, Shine, Diuna, Weedcraft i główna gwiazda – niemiecki Kosmodrom. Na szczęście obsuwy już nie dokuczają. Który gig cieszył się największą atencją? Weedcraft zebrał chyba najwięcej publiki (cóż to był za występ!), co ciekawe, na występującym po nich Kosmodromie pojawiło się zdecydowanie mniej ludzi. Diuna dała klasowy występ z pod znaku 18+ (Soulstone Gathering Warm Up już niedługo, więc liczymy na jeszcze więcej pikantnych stonerowych smaczków). Bardzo ciekawy również byłem występu Shine – widziałem ich pierwszy raz i muszę przyznać, że była to naprawdę bardzo dobra sztuka, a otwierający drugi dzień Devour Universe z każdym kolejnym gigiem pokazuje, że dwóch panów może mieć w sobie więcej potęgi niż cała gwardia.

Frekwencja myślę bardzo dopisała, pojemność sali jest mi bardzo ciężko określić, ale momentami była wypełniona po brzegi. I tutaj słowa do wszystkich którzy przyczynili się do tego wydarzenia. Czym jest scena niezależna? To jest właśnie to co mogliśmy zaobserwować na Gruzilli: ciężka praca, zaufanie, przyjaźń, PASJA i za to wszystko należy się wielki szacunek dla chłopaków za ogarnięcie całego festu. Trzymam kciuki na przyszłość. A publika? Gdzie nie spojrzałem – wszędzie uśmiechnięte twarze. Gdy ktoś powie mi, że w Polsce nie ma żadnej podziemnej sceny, pokażę im właśnie tych wszystkich ludzi. Czy będę za rok? Będę na pewno i Ty też bądź!

Radek Bury