Jestem szczęśliwy, że gram z ludźmi, którym naprawdę zależy na muzyce

W Greenleaf wszystko jest super – świetne refreny, czyste, rasowe brzmienie, ciężkie bębny i garściami rozdawane ukłony wobec klasyków gatunku. Można jednak odnieść wrażenie, że pomimo już siedmiu płyt na koncie o szwedzkim zespole zrobiło się głośno dopiero niedawno. Dlaczego? O tym i o wielu innych rzeczach, np. dlaczego w Polsce jest fajnie, rozmawialiśmy z wokalistą grupy – Arvidem Jonssonem.

Niedawno podpisaliście kontrakt z Napalm Records. To trochę zaskakujące dla mnie – nie czujecie się dziwnie pośród tego całego powermetalowego crapu?

Hehe rozumiem o czym mówisz. (śmiech). W tej decyzji chodziło głównie o budżet – Napalm Records to duża wytwórnia, która była nami zainteresowana i mogła dać lepsze warunki na nagranie kolejnej płyty. To było zaraz po nagraniu ?Trails and Passes?. Zaczęliśmy więcej koncertować i podczas tego pojawiły się pytania – jak zrobić kolejny krok naprzód? No i pojawił się Napalm Records i jak do tej pory jesteśmy bardzo zadowoleni z tej współpracy. Dzięki Napalmom mieliśmy więcej kasy na nagrania, co oznacza, że mogliśmy spędzić więcej czasu w studio. Mogliśmy wydać podwójny winyl zamiast pojedynczego. Promocja też jest lepsza – pojawiły się lepsze propozycje koncertowe. Mogliśmy zapłacić za wiele mniejszych rzeczy np. wynająć artystę do zrobienia okładki. Tak więc wszystko rozbija się tutaj o fundusze. Ale z drugiej strony – to duża wytwórnia. Mają wszystko – od Monster Magnet do Powerwolf, nie zamierzamy więc zacząć grać gothic rocka. Nie zobaczysz nas na scenie w zbrojach (śmiech).

Tak po prawdzie, to dopóki wytwórnia jest zadowolona z tego, co robisz i nie narzuca ci swoich rozwiązań możesz być w dowolnym labelu. Small Stone może był bardziej odpowiedni dla nas, ale to mała wytwórnia, która nie miała funduszy aby wspierać nas w takim stopniu jak Napalm Records. Niedawno podjęliśmy próbę, by żyć z muzyki – i w takiej sytuacji musisz liczyć każdy grosz i brać pieniądze skąd tylko możesz. W takiej sytuacji promocja i zasięg jakie otrzymaliśmy od nowej wytwórni były wręcz niezbędne.

Napalm nie narzucał się z niczym w trakcie nagrywania? Nie mówił wam co i jak macie robić?

Nie nie, nic z tych rzeczy. Jeżeli chodzi o muzykę – mogliśmy nagrywać co chcemy. Jedynym wymaganiem było to, że mamy nakręcić teledysk.

Ha – to miało być moje następne pytanie. Nigdy wcześniej nie mieliście teledysku. Dopiero w nowej wytwórni stworzyliście swój pierwszy – do ?A Milion Fireflies?, a potem do ?Golden Throne? i ?Tyrants Tongue?. Ten teledysk miał jakoś konkretnie wyglądać, aby spodobać się Austriakom?

Mogliśmy robić co tylko chcieliśmy, teledysk po prostu miał być i tyle. Podczas naszego pobytu w Berlinie znaleźliśmy dziewczynę, która uczęszczała do szkoły filmowej i której zleciliśmy nakręcenie teledysku. Podczas kręcenie tego klipu musiałem wisieć na takim wysięgniku przez 3 godziny, podczas gdy wielki wentylator umieszczony przede mną dmuchał mi w twarz. To było najdziwniejsze doświadczenie w życiu jak do tej pory (śmiech).

Teledysk do ?Milion Fireflies? to taka mikstura – łączycie tam te efekty specjalne z nagraniami z koncertów oraz jakimiś abstrakcyjnymi wizjami.

To prawda. Po prostu wzięliśmy wszystko, co mieliśmy i skleciliśmy teledysk.

Kiedyś mieliście bardziej ascetyczne, klimatyczne okładki, natomiast ?Rise Above the Meadow? jest dziełem profesjonalnego grafika. Jak rozumiem to też sprawka wytwórni?

Napalm zasugerował nam współpracę z Sebastianem Jerke – artystą, którego prace często wykorzystywane są w wydawnictwach tej wytwórni. Wysłałem mu kilka pomysłów, tropów i skojarzeń bazując na moich lirykach i ogólnym klimacie płyty. Sebastian wziął to i na podstawie moich wskazówek namalował tę mini-planetę z wielkimi drzewami i niedźwiedziem. Od razu się nam spodobała i postanowiliśmy wykorzystać ją na albumie. Napalm Records nie ingerowało w treść okładki, powiedzieli tylko, że okładka ma być ładna, bo jeżeli płyta nie wygląda dobrze to też nie sprzedaje się dobrze. I faktycznie, ta okładka jest dużo bardziej zaawansowana niż poprzednie, ale według mnie zachowuje ona klimat Greenleaf. Oczywiście jest dużo bardziej szczegółowa, ale obecny jest na niej ten ?drzewny? vibe, który nas charakteryzuje. Mam nadzieję, że rozumiesz (śmiech). Na poprzednich wydawnictwach okładki były dosyć proste. Myślę, że po prostu Tomi robił je samochodzielnie.

Ale okładka do ?Trails and Passes? – pierwszej płyty z tobą w składzie – jest doskonała, jedna z moich ulubionych z tamtego roku. Jest bardziej tajemnicza, rozmyta. Natomiast ta nowa jest bardziej bezpośrednia. Gdy ją zobaczyłem to przeżyłem lekki szok.

Przykro mi, jeżeli ci się nie podoba. Wiesz kwestia oprawy graficznej nie jest stała. Teraz mieliśmy zajawkę na taki klimat, może następna płyta otrzyma okładkę w stary stylu, kto wie. To wszystko zatacza krąg, także nasze gusta.

Wspomniałeś, że po premierze ?Trails and Passes? mieliście więcej propozycji koncertowych, mogliście grać więcej, a nawet podjąć próbę życia z muzyki. Nie masz wrażenie, że masz w tym ogromny udział? Że to przez ciebie i twoje melodie Greenleaf po tych wszystkich latach wreszcie wbił piąty bieg?

Myślę, że to głównie sprawka moja i Tomiego. Oczywiście wszyscy w zespole mają wpływ na kawałki, ale muzykę piszemy głównie jak i Tomi. Kiedy zaczęliśmy pracować nad ?Trails and Passes? szybko się zorientowaliśmy, że to naprawdę nieźle gada i że świetnie się uzupełniamy – Tomi ze swoim chropowatym brzmieniem i charakterystycznym drive oraz ja – z dość hmm? delikatnym głosem. Zawsze inspirowałem się starszymi rzeczami, np. hard rockiem z lat 70, Led Zeppelin i te sprawy. Gdy byłem młody słuchałem też dużo czarnej muzyki, czarnych wokalistów. Stąd też chciałem przemycić do Greenleaf więcej emocji, czegoś, co będziesz mógł czuć, a ja będę miał pole do interpretacji podczas śpiewania. Chciałem uniknąć stosowania tak zwanego ?darcia ryja?. Stąd te wszystkie melodie i melancholia.

Wg mnie ?Trails and Passes? to wasz najlepszy album. Serio – ten krążek zawiera same hity, każda piosenka jest zajebista. Gdy skończyliście prace nad tym albumem zorientowaliście się, że stworzyliście kompletnie inną płytę niż ?stare? Greenleaf? I to głównie przez ciebie?

Tak, gdy posłuchaliśmy album po jego nagraniu nie byliśmy jeszcze pewni co dokładnie z tego wyjdzie. Na pewno ta płyta pozwoliła przekształcić Greenleaf z side-projektu do prawdziwego, koncertującego na pełen etat zespołu. Nie wiem czy można w ogóle mówić o czymś takim jak ?starzy? fani Greenleaf, ale zauważyłem, że po nagraniu ?Trails and Passes? nasza publiczność się zmieniła. Miałem okazję zagrać jedną trasę z chłopakami jeszcze zanim wydaliśmy ?Trails and Passes? i widzę, że teraz na widowni jest więcej młodych ludzi i to z różnych – że tak powiem – subkultur. Wcześniej było więcej takich klasycznych ?rockersów?, fanów metalu itd. No a poza tym ludzi było znacznie mniej (śmiech).

Jak to jest być w zespole, który miał już 3 różnych wokalistów? Aranżujecie stare numery na nowo, żeby dopasować je do twojego stylu?

Czasami gramy te kawałki w innej skali. Czasem musimy coś przearanżować, ale w większości przypadków wystarcza, że to ja śpiewam i to już tworzy inny klimat i sprawia, że kawałek brzmi inaczej. Śpiewanie czyichś kawałków to specyficzne doświadczenie, ale z czasem, gdy wykonujesz dany utwór setki razy powoli ?zrastasz? się z nim. Teraz większość ze starych numerów Greenleaf traktuję jak swoje, włożyłem w nie swoją duszę. Jest tylko jedna rzecz, która nadal jest niekomfortowa – teksty (śmiech). Mam wrażenie, że w przeszłości ten aspekt był traktowany trochę po macoszemu, jakby hmm? liryki były pisane bardzo szybko. No i czasem się zastanawiam ?o matko, o czym jest ten shit? (śmiech). Ale z tym już nic nie zrobimy. Jak już wspomniałem – teraz wszyscy – ja, Tomi, Sebastian i Johan, traktujemy ten zespół poważnie, jak prawdziwy zespół, a nie tylko projekt. Stąd też i podejście do tekstów jest inne.

Wspomniałeś, że dzięki Napalm Records macie więcej kasy na nagrania i możecie spędzić w studio więcej czasu. Tymczasem czytałem gdzieś, że ?Rise Above the Meadow? zostało nagrane ekstremalnie szybko, nawet szybciej niż ?Trails and Passes?. To jak to jest?

To jest tak – ?Trails and Passes? nagraliśmy w trzy dni. Natomiast ?Rise Above the Meadow? – w cztery. Ale za to mieliśmy znacznie więcej czasu na podszlifowanie materiału po nagraniach, miałem też znacznie więcej czasu na nagranie wokali – nawet 8 dni. To bardzo dużo. Jeden dodatkowy dzień w studio to zwykle bawienie się z solówkami, harmoniami. Natomiast w naszym przypadku ?rdzeń? – gitara rytmiczna, bas i perkusją muszą być – i zawsze były – nagrywane na setkę. Inaczej po prostu traci się brzmienie Greenleaf. Poza tym każdy dzień w studio kosztuje kupę pieniędzy, dlatego staramy się robić wszystko sprawnie. Kto wie – może na następny album dostaniemy już dwa dodatkowe dni na nagrania? 😀

To możecie się już utrzymać tylko z grania?

Nieee, niestety to jeszcze nie ten czas. Każdy z nas ma dodatkową robotę w domu. W zeszłym roku zagraliśmy naprawdę dużo koncertów – ok 90 sztuk. Sam rozumiesz, że ciężko jest w takim przypadku utrzymać ?normalną? pracę, ale jakoś sobie radzimy. Ja np. zajmuję się opieką nad niepełnosprawnym chłopakiem. Na dodatek on jest autystyczny i lubi jedynie muzykę i jedzenie – czyli podobnie jak ja haha. Z kolei Sebastian jest – o ile wiem – pracownikiem firmy rozbierającej budynki. Nasz basista z Niemiec zajął się browarnictwem – siedzi w tym już 6 lat więc ma już rangę jak profesor. Natomiast Tomi jest stolarzem – robi meble. Pracujemy nad tym, żeby utrzymać się jedynie z grania ale nie jest to takie proste. Przede wszystkim kiedy nie jesteś w trasie to nie sprzedajesz zbyt dużo płyt i to jest główny problem.

Czemu przez tyle lat było wam tak trudno utrzymać stały skład?

Dla większości składu to zawsze był ?ten drugi zespół?. Kiedy Tomi zakładał ten zespół z Danielem i Pederem robili to bardziej dla zabawy. Kiedy nie było co robić w Dozer to nagrywało się album z Greenleaf. Stąd też wzięły się te wszystkie przetasowania w składzie. Dopiero niedawno ten zespół stał się naszym głównym zajęciem. Co do Bengta – naszego basisty – to jest on niewidomy i coraz trudniej mu było grać te wszystkie trasy. Poza tym on ma dobrą pracę, dwójkę dzieci, rodzinę itd. Kiedyś musiał wreszcie się na coś zdecydować. Nie powiedziałbym jednak, że Bengt opuścił zespół, czasem jeździ z nami i gra, gdy akurat nasz obecny basista nie jest w stanie grać.

Strasznie mnie ciekawi jak to jest mieć niewidomego członka zespołu. Dodawaliście informację o tym do ridera?

Tak tak, staraliśmy się zapewnić mu jak najwięcej wsparcia. Najczęściej to ja – jako że w porównaniu z chłopakami mam niewiele sprzętu do noszenia – byłem odpowiedzialny za zajmowanie się Bengtem. No i cóż – czasem zdarzało nam się po prostu zapomnieć, że on nie widzi i zostawialiśmy go w jakimś miejscu, po czym musieliśmy go szukać po całym klubie (śmiech). Zwykle jednak dało się go odnaleźć w jakimś kącie gdzie sączył sobie piwko. Trzeba było na niego także uważać na scenie, ponieważ zdarzało się, że Bengt nieświadomie odwracał się i grał z twarzą zwróconą w stronę ściany. Musiałem go wtedy ukradkiem odwracać tak, żeby ustawił się twarzą z powrotem do ludzi. Poza tym on zawsze był tym najfajniejszym, najbardziej pijanymi i odwalającym najgrubszy shit gościem. Pamiętam, jak graliśmy na Up In Smoke w Szwajcarii i Bengt? zgubił wtedy swoje buty. Na domiar złego miał wtedy ubrane białe skarpety. Następnego dnia musiałem iść z nim do sklepu z butami i kupić mu jakieś. No i gdy ekspedientka podchodzi do nas i widzi mnie, jego i te totalnie zniszczone skarpety mówi ?nie wejdziecie tak do sklepu, musicie zdjąć te skarpety przed tym? (śmiech). Ten gość w ogóle nie ma problemu ze swoją niepełnosprawnością, jest szczęśliwym człowiekiem. I jest naprawdę zajebistym basistą, dobrze się go ogląda przy robocie.

Czemu Szwedzi są tak zajebiści w rock?n?rolla?

Haha już parę razy dostałem to pytanie. Myślę, że to ta cholerna zima. W Szwecji można robić tylko dwie rzeczy – albo grać w hokeja, albo robić muzykę. Inaczej ludzie by poumierali ze zgryzoty. Jest ciągle tak zimno i ciemno, że jedyne co możesz robić to jakoś odreagować. No to ludzie albo grają w hokeja (lub jeżdżą na nartach), albo grają rock?n?rolla. Ta muzyka pozwala ci zapomnieć, że masz źle. Poza tym w Szwecji są doskonałe warunki do grania – każda szkoła ma instrumenty, możesz już jako mały dzieciak zacząć ćwiczyć z zespołem. Salki do prób są wszędzie, podobnie jak wszędzie są studia nagraniowe. Ja sam gram na gitarze i basie, natomiast moim głównym instrumentem są klawisze. Kiedy układam melodie i wokale zawsze akompaniuję sobie klawiszami – bardzo łatwo za ich pomocą dograć sobie harmonie.

Ze Szwecją jest tylko jeden problem – wszyscy kurwa grają, ale nikt nie słucha. Naprawdę tutaj są setki świetnych zespołów, ale publika na tę muzykę tutaj nie istnieje. W Polsce jest z tym znacznie lepiej.

No tutaj mieszka trochę więcej ludzi.

Tak, wielkość ma znaczenie, ale chodzi też o to, że publika inaczej reaguje w każdym kraju. W Szwecji i Holandii na przykład ludzie po prostu stoją, w Europie Wschodniej wszyscy skaczą.

Nie macie jakichś problemów z powodu różnicy wieku w zespole?

Nieee? Po pierwsze nie ma między nami aż takiej różnicy w doświadczeniu – ja mam 28 lat, ale gram od najmłodszych lat, natomiast Tomi, choć ma 40 lat, to mentalnie ma 27 haha. Nasz basista też jest młody, natomiast wiek pozostałych działa raczej na naszą korzyść niż niekorzyść. Ci goście są doświadczeni, grają prawie całe życie, to się naprawdę przydaje. Poza tym jestem szczęśliwy, mogąc grać ze starszymi ludźmi, z ludźmi, którym naprawdę zależy na muzyce. Młodsi traktują granie jak pretekst do brania narkotyków i picia.

Rozmawiał Konrad Szejdewik