Graveyard powracają z zaświatów. Na dobre. Zgrani, usatysfakcjonowani tym co robią i chętni do odkrywania nowych terytoriów muzycznych jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. W wywiadzie z Trulsem Mörckiem, basistą grupy, dotykamy tematów takich jak retromania, dynamika w reaktywowanym zespole, Midsommar oraz Greta Van Fleet. Zapraszamy!

Jesteście świeżo po powrocie z trasy po USA, jak było?

Świetnie! Dobrze się bawiliśmy grając w miastach, do których nie mieliśmy wcześniej okazji zajrzeć. Byliśmy już tam w tym roku razem z Uncle Acid & the Deadbeats, ale jako, że wiele miejsc pozostało przez nas niezbadanych, czuliśmy mocną potrzebę dotarcia do miejscowości, do których nie udało nam się do tej pory dotrzeć. Zwiedziliśmy więc trochę nowych przestrzeni, głównie na wschodnim wybrzeżu i południu, zjeździliśmy Teksas, Florydę i Luizjanę, Michigan… Było fajnie.

Pamiętasz wasze pierwsze trasy po Stanach? Jak różne doświadczenie to było?

Na pierwszej trasie po Stanach na której ja byłem, graliśmy jako support dla Clutch i Mastodon, zwiedziliśmy sporo metropolii jak Los Angeles, Nowy York i tak dalej. Tym razem to my byliśmy headlinerem z Black Mountain jako supportem i trafialiśmy raczej do mniejszych miejscowości i mniejszych sal. Gdy otwieraliśmy koncerty dla Mastodon czy Clutch graliśmy dla ludzi, którzy przyszli przede wszystkim na nich, wiele osób nigdy wcześniej o nas nie słyszała. Tym razem to my byliśmy gwiazdą wieczoru i graliśmy dla naszych fanów.

Zauważyliście, żeby odbiór waszej muzyki w jakiś sposób się zmieniał w zależności od tego, z kim gracie? Pod względem wpasowania się w line-up trasy jesteście dość elastycznym zespołem, graliście zarówno z Clutch, Mastodon, ale też Soundgarden czy Iron Maiden.

Ważną rzeczą w graniu dla ludzi, dla których nie jesteś główną atrakcją jest zdecydowanie element zaskoczenia. Wydaje mi się, że większość fanów z różnych środowisk raczej docenia naszą muzykę i cieszy się nią, nie mieliśmy nigdy naprawdę przykrych doświadczeń, nie zdarzyło się nigdy żebyśmy zostali wygwizdani, obrzuceni przedmiotami i tak dalej, chociaż wyobrażam sobie, że mogłoby tak być, gdybyśmy trafili na przykład na ekstremalnie metalową publiczność, która stwierdziłaby, że nasza muzyka nie jest dla niej dość ciężka. Ale nie, nie przytrafiło nam się to nigdy. Zdarzyło nam się grać na typowo metalowych festiwalach i spotykaliśmy się co najwyżej z konfuzją.

No tak, ktoś kto was nie zna idzie na metalowy fest, na plakacie widzi groźną nazwę Graveyard, podchodzi pod scenę a tam… wy.

Tak, szczerze mówiąc często widzę po twarzach ludzi, że spodziewali się czegoś zupełnie innego, ale zazwyczaj i tak udaje nam się zdobyć ich serca. Naprawdę nie mogę sobie przypomnieć żadnych nieprzyjemnych incydentów, zdziwienie i konfuzja są powszechne, ale zazwyczaj zmieniają się w radość. Co więcej, wydaje mi się, że jeśli gramy na metalowych imprezach ludzie mogą nas dodatkowo docenić jako chwilę oddechu pomiędzy poszczególnymi metalowymi setami, a potem i tak i tak, koniec końców, dostaną swoją ekstremę. Dzięki nam mogą zregenerować trochę siły.

Pozwól, że jeszcze przez chwilę powspominamy przeszłość. Wasza kariera przypadłą na specyficzny moment w rozwoju rynku muzycznego, już kiedy zaczynaliście, dystrybucja cyfrowa stawała się istotna (zresztą kontrakt z Tee Pee dostaliście, z tego co kojarzę, dzięki temu, że ktoś od nich usłyszał was na MySpace), dotarliście też do momentu, gdy jest to większość rynku. Macie teraz za sobą dużą wytwórnię, ale mogliście obserwować cały ten proces praktycznie od początku do końca. Jak oceniasz te zmiany?

Faktycznie, gdy zacząłem wydawać jakiekolwiek płyty, było to już w czasach, kiedy nośnik fizyczny nie sprzedawał się – a szkoda, bo wydaje się, że znacząco zwiększało to ilość przychodów. Dzisiaj mamy za to fanów na całym świecie i wydaje mi się, że to jest benefit wynikający ze streamingu. Mamy oddanych słuchaczy w Indonezji, Australii, no wszędzie. Niedawno graliśmy trasę po Ameryce Południowej i bardzo możliwe, że gdyby nie globalna cyfrowa dystrybucja naszej muzyki, nie byłoby to możliwe. Każdy w każdym miejscu na świecie może usłyszeć teraz naszą muzykę, uważam, że to fantastyczne. Im więcej ludzi zauważy cię dzięki streamingowi, tym więcej przyjdzie później na twój koncert. Brakuje mi jednak obcowania z nośnikiem fizycznym jako czegoś powszechnego, to było fajne samo w sobie i wydaje mi się, że dzisiejsze, nowe pokolenia słuchaczy przegapiły naprawdę fajną rzecz.

Skoro już wspomniałeś temat przychodów – uważasz, że wciąż da się zarabiać krocie jako wschodząca gwiazda muzyki rockowej? Czy może era rockowych herosów właśnie mija i już nigdy nie wróci?

Tak, wydaj mi się, że się da. Potrzebujesz tylko jakiegoś magicznego hitu (śmiech). Albo jakiegoś sposobu żeby w bardzo krótkim czasie dotrzeć do szerokiej publiczności, na przykład poprzez włączenie twojego utworu do ścieżki dźwiękowej filmu. Wtedy hajs się sypie z nieba. Niestety, nie jesteśmy jeszcze na tym poziomie.

Ale zmierzacie w jego stronę?

Mam nadzieję.

W jakim wydanym niedawno filmie widziałbyś muzykę Graveyard?

Ha, bardzo dobre pytanie! Z chęcią na nie odpowiem później, bo potrzebuję chwili do namysłu.

Od wydania Peace minęło prawie półtora roku. Złapałeś do tej płyty trochę dystansu?

Och, to bardzo skomplikowana kwestia, przyglądanie się swoim starym nagraniom, wracanie do nich. Dla mnie to jedno z najdziwniejszych doświadczeń, musisz mi wierzyć. W zasadzie to kiedy proces komponowania kawałków, nagrań i miksów się skończy, unikam wracania do starego materiału, nie słucham swoich płyt.

Ale grasz je na żywo.

No tak, przynajmniej po części. Cóż, wydaje mi się, że wciąż lubię tę płytę i jestem z niej dumny. Wydaje mi się, że dla nas jako zespołu był to krok w dobrym kierunku, pomógł nam się rozwinąć i dał nam też ogromną frajdę. Są na niej momenty, w których nie zmieniłbym nawet nuty, bardzo podoba mi się zarówno efekt końcowy jak i metodyka, która do niego doprowadziła. Nie mam tak jednak z całą płytą i wszystkimi piosenkami, niektóre zyskałyby moim zdaniem, gdyby je trochę rozciągnąć, zwłaszcza partie instrumentalne można by rozbudować, przedłużyć – tak wyobrażałbym sobie następną płytę.

To nie jest krótka płyta, same utwory wydają ci się za krótkie?

Bardziej… spieszące się gdzieś? Nerwowe? Wydaje mi się, że są piosenki, które zyskałyby sporo gdyby wprowadzić do nich nieco więcej przestrzeni zamiast gnać na złamanie karku.

Prawdopodobnie masz już serdecznie dość tego pytania, ale i tak muszę je zadać. Od waszego reunionu minęło już trochę czasu, kurz opadł, nagraliście płytę, zagraliście sporo tras. Wróciliście na dobre?

Tak, jestem przekonany, że tak. Układ sił w zespole działa naprawdę dobrze. Nie ma żadnych napięć, które wcześniej nas męczyły. Chemia pomiędzy nami jakby się oczyściła, zluzowaliśmy trochę i nie wydaje mi się, żeby kolejny rozłam miał nadejść, nie widzę żadnych wskazujących ku temu symptomów. Dobrze nam się współpracuje, ale też dobrze nam się spędza ze sobą czas.

Te symptomy były faktycznie widoczne ostatnim razem?

Tak, zanosiło się na to od dłuższego czasu. Część członków zespołu znała się naprawdę długo na płaszczyźnie personalnej i ten bagaż doświadczeń z przeszłości był czymś, czego nie dało się przeskoczyć, nie dało się ominąć, on tam cały czas był i mącił wizję zespołu. Więc owszem, zanim to się w końcu stało bardzo jasno wiedzieliśmy, że będziemy musieli się rozejść. Doprowadził do tego długi proces, ale tym razem nie widzę żadnych oznak tego, że miałby on ponownie zaistnieć. Może i kiedyś znowu się rozpadniemy, ale na pewno nie zanosi się na to w najbliższym czasie.

Sam rozpad, mimo że krótki – uważasz, że pomógł wam jako ludziom ale i zespołowi, jeśli chodzi o popyt na was, wzrost popularności? Mam z tyłu głowy, co prawda bardzo różny jeśli chodzi o okoliczności, ale jednak, chociażby powrót Refused.

Nie, nie widzę, żeby w jakiś sposób pomogło to nam jako marce. Przypadek Refused faktycznie jest drastycznie inny, oni zniknęli na naprawdę drugi czas i w trakcie nieobecności, pa przestrzeni tych wielu lat, zdobyli kultowy wręcz status. My tymczasem zyskaliśmy przede wszystkim jako ludzie grający w tym zespole, mogliśmy od tego odpocząć, nabrać dystansu, przewartościować pewne sprawy. Nie planowaliśmy niczego w stylu „znikniemy na pół roku i po powrocie będziemy nagle wielkimi gwiazdami”, to byłoby niedorzeczne.

Nie sugerowałem zimnej kalkulacji.

Wiesz, zrobiliśmy to dla nas. Potrzebowaliśmy tego czasu żeby się zregenerować i przemyśleć dynamikę wewnątrz zespołową, to jak pracujemy, znaleźć nowego perkusistę, który dopasowany by był do nas nie tylko muzycznie, ale też na wszystkich pozostałych, ale nie mniej istotnych płaszczyznach. I to naprawdę nam pomogło, nawet sobie nie wyobrażasz. Nie widzę kompletnie jak moglibyśmy dalej ciągnąć ten zespół, gdyby to się nie wydarzyło, to byłoby istne szaleństwo. Szaleństwem byłoby też doczepienie do składu przypadkowego perkusisty. Może niektóre zespoły by tak zrobiły – zatrudniły obca osobę albo najemnika na okres przejściowy żeby w międzyczasie grać i szukać jednocześnie tego właściwego muzyka, ale to kompletnie nie w naszym stylu, zajechalibyśmy się. Potrzebowaliśmy też tego poczucia definitywnego zamknięcia pewnego etapu, że mamy go już za sobą i teraz możemy zacząć od zera, z czystym kontem.

Jak pracuje ci się z Oscarem? Jako basista jesteś kimś w rodzaju tłumacza między bębnami a gitarami.

Pracuje nam się dobrze! Ja i Oscar znamy się zresztą już od dłuższego czasu, graliśmy razem w różnych zespołach, więc znałem go zarówno na płaszczyźnie personalnej jak i muzycznej, znałem jego styl, wiedziałem czego mogę się spodziewać, więc dla mnie zgranie się z nim było bardzo łatwe. Co oczywiste, znałem też resztę chłopaków od nas, którzy co prawda poznali Oscara przeze mnie, ale nigdy wcześniej z nim nie grali, więc faktycznie stałem się kimś w rodzaju tłumacza, pomogłem wszystkim się zgrać i wydaje mi się, że było to naprawdę bezbolesne i owocne docieranie się. Wszyscy jesteśmy bardzo zadowoleni z tej współpracy.

Co sądzisz o Grecie Van Fleet?

Ojej, wiesz, jest w nich coś takiego, co sprawia, że naprawdę mam ochotę… Powiedzmy, że nie lubię ich słuchać. Nie wiem do końca dlaczego, nie umiem chyba tego w stu procentach racjonalnie uzasadnić, wskazać palcem. Wydaje mi się, że za dużo w tym wszystkim image’u i rżnięcia z Zeppelinów.

A o retro jako takim? Nie wydaje ci się, że już od jakiegoś czasu popkulturę dominuje fala retromanii?

Nie wydaje mi się, żeby było w tym coś złego. Lubię retro i kocham to, jak wiele inspiracjo może dostarczyć przeszłość, inspiracji, które można przecież uaktualnić – to zresztą staramy się robić jako zespół, wybierać najsmakowitsze kąski sprzed lat i dodać do nich coś od siebie. Trik polega na tym, żeby nie zatracić się w przeszłości, nie zafiksować się na dokładnym odwzorowaniu czyjegoś brzmienia sprzed lat, bo TY powinieneś brzmieć jak TY i świadomie w tym kierunku działać. Jeśli ktoś kocha stare płyty, słuchał ich całe życie, to wręcz dziwne będzie jeśli w jakiś sposób nie odniesie się do nich w swojej twórczości, nie? I tutaj możemy wrócić do Grety Van Fleet – których szczerze mówiąc aż tyle nie słuchałem, więc może nie powinienem się wypowiadać w aż tak arbitralny sposób – u nich brakuje właśnie tego pierwiastka, który określałby tę muzykę jako ich, osobistego doświadczenia, indywidualnego sznytu. Za dużo tam odgrywania przeszłości, zachwianego balansu między rekonstrukcją a własną osobowością. Ale jeśli chodzi o retro samo w sobie – nie mam nic przeciwko, lubię.

W którymś wywiadzie jeden z was, bodajże Joakim, stwierdził, że określanie Graveyard mianem zespołu retro/ grającego klasycznego rocka jest wręcz obraźliwe. A jednak jesteście wtłaczani do tej niszy przez dziennikarzy, recenzentów i tak dalej. Jaki masz do tego stosunek?

Ha, obawiam się, że nie mamy żadnego wspólnego oświadczenia spisanego na tę okazję. Wydaje mi się, że Joakim po prostu miał już dosyć napotykania cały czas tej plakietki. Niekiedy przypisywanie do danej niszy czy szuflady przysłania to, co tak naprawdę robimy, wtedy to bywa wkurzające. Jasne, w naszej muzyce znajdziesz gros inspiracji klasyką, ale nie określiłbym Graveyard jako czystej krwi vintage rock, tu się dzieje dużo więcej, mieszamy różne style. Ja sam chyba nie jestem aż tak przewrażliwiony na tym punkcie i nie irytuję się aż tak mocno gdy ludzie nas tak nazywają.

Czyli z nową muzyką też jesteś na bieżąco?

No jasne!

Mógłbyś podzielić się jakimiś rekomendacjami, czymś, co ostatnio cię poruszyło? 

Pewnie. Gość, który produkował nasz przedostatni album, Johan Lindström, gra w zespole Tonbruket, i wszyscy w zespole jesteśmy ich fanami. To zespół grający muzykę instrumentalną z wpływami jazzu. Sporo słucham też ostatnio Cassa McCombsa, piosenkarza, którego styl mógłbym określić jako indie. Na koniec – zespół, który towarzyszył nam na ostatniej trasie, Black Mountain, jest zdecydowanie wart polecenia. Naprawdę niesamowicie się ostatnio rozwinęli badając sporo nieoczywistych rejonów, ich muzyka jest pełna przestrzeni i nie zamyka się na nowe wpływy.

Dobra, to na sam koniec – wróćmy do tego soundtracku.

Może Midsommar? Widziałeś ten film?

Jasne.

Może właśnie on? Wydaje mi się, że któryś ze spokojniejszych kawałków Graveyard świetnie by pasował do filmu.

Swoją drogą, podobał ci się?

Tak, aczkolwiek jako Szwed świętowałem Midsommar praktycznie całe życie, więc oglądanie tej dziwnej wersji było miejscami dość osobliwym doświadczeniem…

Mhm, rozumiem, kilkanaście lat temu wyszedł Hostel, który nie tylko zawierał bardzo kreatywne gore ale też przedstawiał kraje słowiańskie jako piekielne krainy rodem z koszmaru.

No własnie! Gdy oglądałem Midsommar bardzo często się śmiałem, nawet w momentach, w których chyba nie powinienem był… Ale wiesz, gdy wjeżdżały te krótkie fragmenty z aktorami próbującymi mówić po szwedzku, to po prostu nie dawałem rady. Ale tak, podobał mi się, całkiem fajny, chociaż głupawy film.

Rozmawiał Piotr Kleszewski