Gallileous: Recenzja albumu Stereotrip

Historia Gallileous sięga jeszcze początków lat 90′, kiedy to kilku gości z Wodzisławia Śląskiego postanowiło założyć kapelę, której smolista, grobowa muzyka będzie najcięższa i najwolniejsza na świecie, a przynajmniej między Odrą a Wisłą. Gdy ci wieszcze dźwiękowej zagłady w 1992 r. nagrali swoje pierwsze demo zatytułowane ?Doomsday? w Warszawie otwierano pierwszego w Polsce McDonalda. Najprawdopodobniej te dwa fakty są ze sobą zupełnie niezwiązane. W dwa lata później gdy Gallileous zarejestrowali kolejne demo – ?Passio et Mors?, pewien muzyczny rewolucjonista ze Seattle, fan za dużych koszul i pustych strzykawek, pociągnął za spust strzelby a w Ontario narodził się chłopiec, który niecałe dwadzieścia lat później miał straszyć z każdej stacji  radiowej i telewizyjnej hitem ?Baby?. Zapewne i te wydarzenia są zupełnie przypadkowe, przynajmniej w skali Wiecznego Kosmosu. Rok później skończyły się zaś co najmniej dwie rzeczy: prezydentura Lecha Wałęsy oraz pierwsze życie Gallileous. Minęło ładnych parę lat, przeciętny Kowalski i Nowak zamienili podrdzewiałego dużego Fiata i wysłużonego Poloneza na Opla, Forda lub Passata, świat opanował fenomen znany dzisiaj jako Internet, muzyka również poszła do przodu. A oni postanowili wrócić.

I choć życie wygląda tak, że zazwyczaj jedyne powroty po latach, o których można powiedzieć, że były dobre, to Króla i Jedi, to nowe wcielenie Gallileous bynajmniej nie przypominało żywego trupa. No dobra, może na początku grobowa stęchlizna poprzedniego wcielenia nieco się za nimi ciągnęła. Pełną reinkarnację przyniósł dopiero rok 2013 i album, kiedy to zespół zamiast kontynuować penetrowanie zawilgłych katakumb pod Watykanem postanowił odlecieć w kosmos. ?Necrocosmos?, dokładniej rzecz ujmując. Odlecieli i słuchacze. Mamy rok 2016, stoner przeżywa swoją kolejną młodość a retro jeszcze nigdy nie było bardziej na czasie. Kilka miesięcy temu ukazał się czwarty w karierze Gallileous album studyjny zatytułowany ?Stereotrip?. Czy jest to przyjemna podróż?

Już okładka płyty zdradza nam, że wodzisławska formacja na dobre porzuciła funeral doomowe smęty ? jest kolorowo, szybko, psychodelicznie i takie też wartości znajdziemy w tych dźwiękach. Dziewięć nowych utworów składa się na niecałe 36 minut muzyki. Kompozycje są krótsze, mniej rozbudowane, ale też bardziej przebojowe ? większość trwa około trzech minut. To, że piosenki są krótkie bynajmniej nie przeszkadza kompozytorom rozwinąć skrzydeł i nawet w przypadku prostych, kilkuriffowych konstrukcji mamy do czynienia z ciekawą i zróżnicowaną treścią muzyczną: a to się wkradnie hendriksowska solówka, a to dostaniemy ciekawą zabawę delayem, dodające dynamiki chórki albo klawiszowe odjazdy. Nazywajcie to jak chcecie: hard rockiem, stonerem, space rockiem ? przede wszystkim są to po prostu niezwykle melodyjne kawałki przesycone surrealistycznym klimatem i retro feelingiem. Bardzo w tej muzycznej przemianie pomaga Gallileous nowa wokalistka ? Anna Pawlus-Szczypior, której nośny głos po prostu świetnie płynie z muzyką i non-stop skupia uwagę słuchacza, taktownie przykrywając niekiedy te mniej kreatywne partie gitar.

Miejscami jednak groove i hard rockowy pazur schodzą na dalszy plan. Nasz rozpędzony muscle car zjeżdża na pobocze, delikatnie hamuje wnosząc niewielką chmurę piasku, wysiadamy z pojazdu i gapimy się w gwiazdy. Pełne przestrzeni psychodeliczne pejzaże znajdziemy między innymi w takich utworach jak ?Born into Space? czy ?Dust on My Back? (to doomowe zwolnienie na koniec!) – te właśnie momenty najbardziej przypadły mi do gustu. Miejscami, głównie za sprawą klawiszy/ efektów gitarowych bardzo nachalnie narzuca mi się skojarzenie z Mars Red Sky.

Brzmienie jest niezwykle przyjemne: ciepłe, selektywne, mile drapiące uszy fuzzami i oddające sprawiedliwość głosie wokalistki. Nieco zbyt zbasowane, ale przy tego typu muzyce można to jak najbardziej wybaczyć. Na pochwałę zasługuje też krótki, jak na dzisiejsze standardy (choć zastanawiam się, czy wkrótce nie będziemy mówić o odwrotnym trendzie) czas trwania albumu: wyselekcjonowanego materiału słucha się naprawdę z niekłamaną przyjemnością, w większych dawkach mógłby być zaś po prostu nieco męczący ? bo wciąż jest to nieco wtórna muzyka, którą już gdzieś kiedyś słyszeliśmy i to więcej niż raz. Dopóki jednak znanym patentom nadawany jest własny charakter, a zamiast odgrzewanego kotleta dostajemy świeże danie oparte o stary i sprawdzony przepis, nie mam chyba nic przeciwko. ?Stereotrip? to wyprawa na którą warto się wybrać.

P.S. Jak się później dowiedziałem od samych członków zespołu – na płycie nie ma ani sekundy klawisza. Nic. Wszystko osiągnięte jest efektami gitarowymi i wokalnymi i możliwe jest do odtworzenia na żywo. Czapki z głów.

Piotr Kleszewski