Death Swingers: Recenzja albumu Swing With Death

Choć „Swing with Death” to debiutancki album krakowskiej załogi Death Swingers, członkowie zespołu nie są bynajmniej nowicjuszami – mogliście ich słyszeć w składach chociażby takich jak hardcore’owy Dealer czy punkowo-indie rockowy Eluktrick. Zarejestrowany został w rok po pierwszym koncercie grupy w 2014 r. Pod koniec listopada bieżącego roku wreszcie miała miejsce premiera cyfrowej wersji longplaya.

„Swing with Death” to dziesięć kompozycji zamykających się w czasie 38 minut. Album otwiera utwór „Burning Man” i trzeba przyznać, że lepszego openera dla płyty panowie nie mogli wybrać. Już od pierwszych dźwięków słychać o co tu chodzi i z jakim graniem mamy do czynienia – króluje groove, southernowe riffy i szorstki, zdarty od gorzały, ale niepozbawiony melodyki wokal. Bridge w połowie utworu budzący skojarzenia z twórczością Rage Against the Machine zwiastuje natomiast, że cała ta southernowa jazda będzie napędzana niemałą ilością hardcore’owego wkurwu i energii.

Cała ta paleta środków muzycznych jest zręcznie wykorzystywana przez muzyków do stworzenia przyjemnie urozmaiconego i przede wszystkim rozrywkowego albumu. Już chociażby kolejne „King Without the Head” czy „Adrift Sattelite” prezentują zupełnie inne podejście do riffu, przywołując nieco ducha Cave-In czy Mutoid Man połączonego z surowością i agresją muzycznych korzeni Death Swingers, równoważąc je z partiami akustycznymi i melodyjnymi refrenami. „Red Shore” jednak szybko zabierze nas z powrotem na pustynię, w połowie przechodząc na chwilę  w nawet, o zgrozo, balladowe klimaty.

Pełen bluesowego feelingu riff i solówka nie zdążą jednak nawet dobrze wybrzmieć w naszej głowie, gdy zostaniemy poczęstowani bardziej hardcore’owym ciosem w postaci „Baulder Stones” z melorecytowanymi/wykrzyczanymi zwrotkami i chwytliwym refrenem. Jeśli się już dobrze wyskakaliście, przygotujcie swoje karki na „Swing with Death”, który przeniesie was na chwilę do Nowego Orleanu w bagnistej Luizjanie. W podobne tony, nieco łagodząc je jednak refrenem z potencjałem na hit, uderza kolejny kawałek, czyli „Ember”. Zmianę nastroju przynosi wreszcie „Gloom” zaczynający się dudniącym basowym intro.  Jest to chyba najbardziej wyróżniający się na płycie utwór – jako jedyny pozbawiony jest obecnego w innych kompozycjach imprezowego pazura i serwuje słuchaczowi – tak jak obiecuje tytuł – cztery minuty agresywnej i niepokojącej muzyki, zagranej już zupełnie na poważnie.

„River”, przedostatnia kompozycja, nieco pozostaje w tym klimacie, oferując jednak więcej melodii. Rozwiązuje się na krótką chwilę w pejzażowy fragment by już po chwili przypomnieć  o esencji tej płyty, czyli pełnych groove’u riffach. Album zamyka będący mocnym ciosem kawałek „Surrender” zaczynający się dysonansującym riffem i sprawnie łączący pojawiające się wcześniej na płycie patenty.

Produkcja, zwłaszcza jak na niezależnie nagrany album, jest niezła. Miejscami gitarom brakowało w moim odczuciu nieco mocy, a bas brzmiał zbyt szkliście. Pewne zastrzeżenia mam też do nieco dziwnie brzmiącego werbla. To wszystko jednak kosmetyka. „Swing with Death” to pełna luzu i zadziorności płyta i co najważniejsze – tytuł daje to, co obiecuje, ta muza po prostu buja. Jeśli pustynia to wasz drugi dom, uwielbiacie Down, QotsA, czy Corrosion of Conformity, a kiełbasę krakowską zapijacie Jackiem Danielsem, to koniecznie powinniście sprawdzić tę płytę.

Piotr Kleszewski