Wpisy

Sunnata: „Ze cztery razy zrzygałbym się na scenie”

„Ze cztery razy zrzygałbym się na scenie”

Ostatni rok to ich rok – Sunnata konsekwentnie i z determinacją wyrasta na doomowy numer jeden w Polsce. O tym, jak mądrze prowadzić zespół, o szansach dla polskiej sceny, o przygodach na trasie i o wytwórniach płytowych porozmawialiśmy sobie przy okazji ich koncertu w krakowskim Zet Pe Te.

Od premiery Zoryi minął już prawie rok. Jak z perspektywy czasu widzicie tę płytę? Czy wasza kariera i życie bardzo się od tego czasu zmieniły?

(M)ichał: Wydaje mi się, że zmieniło się bardzo dużo. Przede wszystkim sama płyta została nagrana tak, jak chcemy, to nasze “udane dziecko”. Dużo nad nią pracowaliśmy – i brzmieniowo i kompozycyjnie i myślę, że bardzo nam to pomogło w dalszym rozwoju. Ludzie to docenili, zauważyli, słyszeliśmy bardzo pozytywne słowa o tej płycie – że jest bardziej przestrzenna, dla niektórych może nawet refleksyjna. To akurat nam pomogło i popchnęło dalej.

(R)obert: Wiesz, każda kolejna płyta – chociaż mamy je dopiero dwie – mocno nas popycha do przodu. Dwójka zdecydowanie bardziej niż jedynka, tak – z wielu powodów. Ja, z perspektywy czasu, tę płytę bardzo lubię – wracam do niej raz na jakiś czas. Jestem zadowolony i dumny z tego wydawnictwa.

(S)zymon: Moje odczucie nie zmieniło się od momentu, kiedy wydaliśmy płytę do dzisiaj. Mam te same obiekcje i te same zachwyty, że tak powiem, kiedy słucham płyty, także nie zmieniło się nic.

A mówisz, że masz jakieś obiekcje do tej płyty? Co byś w niej zmienił teraz?

S: Wiesz, zawsze jak się kończy nagrywać to masz przeczucie, że płyta nie jest skończona, że można by było jeszcze coś dodać, ale masz też świadomość np. z wywiadów z bardziej doświadczonymi artystami, że tak naprawdę nigdy nie będziesz zadowolony w momencie wydania płyty, więc będąc nauczonym ich doświadczeniem, trzeba w którymś momencie powiedzieć “dobra, to jest na tyle dobre, że możemy to wydać”. Ale cały czas gdzieś tam w tyłu głowy jest uczucie, że tutaj można było coś dodać, coś zmienić.

W waszej twórczości jest dużo odniesień do spirytualizmu, opowiadacie o stanach duchowych, sama nazwa płyty – Zorya, czyli Zorza – odwołuje się do folkloru słowiańskiego. Czy to jest część waszych zainteresowań – wschodnie kultury, wschodnia duchowość?

R: Wiesz, ja osobiście nie interesuję się tym bardzo, chociaż intryguje mnie ten cały klimat, na pewno nie jest tak, że nie chciałbym, żebyśmy kiedyś zostali zakwalifikowani jako „ten zespół, który gra orientalny doom”. Mamy różne inspiracje, nie idziemy jakąś konkretną ścieżką, nawet nie ścieżką zainteresowań. Wiadomo, że każdy z nas lubi jakiś element orientalizmu, czy filozoficzny, lub generalnie duchowy, ale absolutnie nie czuję, żebyśmy byli w to na tyle wkręceni, aby z pełnym przekonaniem budować wszystko wokół tego.

S: Jeżeli chodzi o moje podejście do spirytualizmu to sprawa jest tutaj bardzo prosta – ja szczerze mówiąc – zbytnio się tym nie interesuję. Natomiast podoba mi się, że jest to słowiańska wersja tych spirytualizmów. Lekki powiew świeżości jeżeli chodzi w tym światku. No i to, że akurat nasze brzmienie bardzo pasuje do tego klimatu.

R: Bo to brzmienie było pierwsze…

S: Tak, naprawdę to się wszystko od brzmienia zaczęło (a brzmienie bierze się z efektów haha).

R: Najpierw był hałas (śmiech).

M: Najpierw był efekt (śmiech). Ten temat czegoś transcendentnego, który się u nas przewija, nie wynika z tego, że się tym bardzo interesujemy. Uważam natomiast, że jest to świetny otwierający temat, w którym można się wykazać muzycznie. Można to ubrać w dźwięki a nie w słowa i w ten sposób pokazywać coś ludziom. Według mnie jest to świetny temat do eksperymentów, do dziwnych harmonii, do niekonwencjonalnych rzeczy.

R: Ja tu jeszcze bym dodał, że zahaczając o wątek mistyczny, bądź właśnie duchowy, od strony tekstowej jest bardzo łatwo wpaść w banał i śmieszność, I wydaje mi się, że czasem pewne rzeczy lepiej zostawić niedopowiedziane i jedynie o nich wspomnieć, zrobić lekkie nawiązanie w warstwie tekstowej niż polecieć po całości. Wiesz, nasze teksty nie są bardzo rozległe ani bardzo głębokie.

Dwa lata przed wydaniem “Climbing the Colossus” ukazała się płyta “Soma” My Sleeping Karma. Konstrukcja tej płyty – czyli regularne numery przetykane interludiami – oraz wspomniany “wschodni” klimat przypominają wasze debiut. Inspirowaliście się tą płytą?

R: Myślę, że się nie inspirowaliśmy tą płytą, ale ją lubimy.

M: Ja bardzo lubię tę płytę i rzeczywiście przypomniałem sobie, że ona ma taką strukturę, ale kompletnie tego nie braliśmy pod uwagę. Ona jest super i interludia dodają klimatu, ale tak naprawdę u nas doszły one dosyć niekonwencjonalnie – na początku o nich nie myśleliśmy, ale pewnego razu mieliśmy taką zjaraną dwudziestominutową sesję z gitarą, sprzęgami i ambientem, który generowała, no i wynik był piękny i można go było podzielić na interludia.

R: Te ambienty, noisy i dźwiękowe pasaże bardzo nam się podobają. Ale piosenki też.

S: Nigdy nie słyszałem tej płyty. Nie słucham tego gatunku muzycznego, każdy z nas tak naprawdę wywodzi się z troszkę innych nurtów muzycznych. Znaleźliśmy się w tym zespole ale tak naprawdę nikt z nas nie gra tego, co słucha. Może to dlatego tak  trudno nas zaszufladkować.

Taka prywatna opinia, że wasza muzyka to są po prostu dobre piosenki ubrane w ciężkie i czasem mocno zaszumione brzmienie. Zgadzacie się z nią?

S: Konstrukcja jest piosenkowa bo ja lubię piosenki, ale nie mam też nic przeciwko rozwlekłym aranżacjom, wszystko to dzieje się naturalnie. Mimo że kręcimy się w okolicach klimatów sludge/doom/stoner to już wokale nie są typowe dla gatunku. Nie mamy tutaj jakichś założeń, jesteśmy z innych światów muzycznych stąd ten kolaż.

Chciałem się spytać o wasza nazwę. Czy nie macie wrażenia, że gdybyście nie zmienili nazwy to byście nie byli tu, gdzie jesteście?

S: My chcieliśmy zmienić nazwę już dawno temu, gwoździem do trumny dla poprzedniej nazwy była sytuacja po tym jak zagraliśmy na Desert Fest w Berlinie. Ludzie, którzy drążą temat od dawna, którzy słuchają tych gatunków pisali, że nigdy nie wpadliby na taki zespół gdyby nie to, że nazwa Satallite Beaver pojawiła się na tym festiwalu. A więc człowiek, który słucha gatunku przyznaje, że nie trafiłby na nas po samej nazwie. I to nie była jednostkowa opinia, a to znaczy, że trochę sobie tą nazwą szkodziliśmy. Druga sprawa jest taka, że gdy zaczęliśmy grać pod szyldem Sunnata zaczęliśmy też grać trochę ciężej, trochę poważniej, trochę bardziej ospale. Wyszło na to, że razem ze zmianą stylu zmieniliśmy też nazwę.

R: Na pewno nauczeni naszymi doświadczeniami jako Satallite Beaver, weszliśmy w temat Sunnaty bardziej świadomie. W SB zbieraliśmy nasze pierwsze szlify, uczyliśmy się jak pewne rzeczy ogarniać, zaczęliśmy bukować sobie koncerty za granicą – to nie było takie proste. Bez płyty zagraliśmy na Desert Feście, co było w sumie całkiem niezłe jak na undergroundowy zespół.

I to jeszcze z Polski…

Tak, nieznany zespół z Polski, bez płyty, przyjeżdża zagrać na Desert Fest. To był fajny strzał – nie powiem. (śmiech) Dużo się wtedy nauczyliśmy, dlatego już jako Sunnata zdecydowaliśmy się iść z tym wszystkim na poważnie. Wiesz jak jest –  czasem zespół traktujesz tak, że jest to pretekst żeby spotkać się z kolegami na piwo i gitarę. My z kolei podjęliśmy decyzję, że chcemy grać na serio, dlatego włożyliśmy w to wiele pracy u podstaw, która teraz procentuje.

Kto wymyślił rozwiane włosy na scenie u Szymona i resztę otoczki?

S: Ja (śmiech). Historia jest bardzo prosta – chodzi o to, że włosy wpadały mi do ust. Ja bym się ze cztery razy zrzygał na koncercie, między innymi na Desert Feście. Gdybym tylko śpiewał, to bym po prostu odgarnął włosy, ale gram też na gitarze. To jest bardzo stresujące, a jak wchodzi stres to wchodzą też pomyłki i inne niepotrzebne rzeczy. Druga sprawa jest taka, że przez wentylator jest chłodniej na scenie, można się więcej ruszać. Trzecia sprawa – nie lubimy ospałego, zielonego dymu. Robimy tylko ciepłe białe światło, żadnych kolorów. Wpuszczamy dużo dymu i robimy taki cyklon, nie chcemy, żeby dym stał w miejscu. Stąd te wiatraki. A i jeszcze powiem, że w tym momencie dopracowujemy stylówę – lutujemy oświetlenie bębna od środka. (śmiech)

Mówi się, że polska muzyka ma ciężej na międzynarodowych rynkach. Gdy widzimy jakiś duży festiwal, to na 100 zespołów może 2-3 są z Polski. Co sądzicie o polskiej scenie niezależnej i jej widoczności za granicą?

R: No więc tak – jebać tych leniuchów! (śmiech) A tak na serio – uważam, że akurat jeżeli chodzi o polską scenę niezależną, to ludzie są bardzo utalentowani muzycznie i od dłuższego czasu świetnie sobie radzą, nawet za granicą. Nie jeżdżą może za dużo – ale to wynika często z przyczyn czysto “życiowych”. Natomiast mniejsza reprezentacja za granicą wynika też z tego, że u nas wszystkiego trzeba się nauczyć samemu. Polacy nie działają – albo dopiero zaczynają – zbyt kolektywnie i przez to dużo tracą. To, czego nauczyłem się przez ostatnie lata – czy to grając, czy organizując koncerty – to to, że scena niezależna daje prosty sposób na wybicie się: po prostu możesz spytać muzyka dowolnej kapeli “hej, kto mi może pomóc zrobić koncert?” – i on ci najpewniej powie. Zespoły często nie wiedzą, jak to ogarnąć – i nie próbują. Temat bukowania na dużych festiwalach europejskich to też jest trochę bardziej złożona kwestia – tutaj liczy się czy masz wytwórnię, czy masz agencję, jakie kontakty ma twój agent. Często też ludzie, którzy ogarniają program festiwali jeżdżą po innych wydarzeniach i bukują to, co tam zobaczą i w ten sposób koło się zamyka – nasze zespoły nie jeżdżą po mniejszych wydarzeniach więc potem nie widać ich na większych. Ale nie ze wszystkimi tak jest.

No wy jesteście dobrym przykładem, że można. Graliście np. w Paryżu przez YOB, supportowaliście Elder, chyba nie ma w naszym kraju zespołu w podobnym klimacie z takim dorobkiem.

R: Z podobną muzyką, od strony aktywności koncertowej to chyba nie. Ale z inną muzyką, to takie takie na przykład Government Flu – nakurwiają te koncerty jakby końca nie było. Trasy po Stanach i tak dalej – ale to jest punk rock. Zauważam też, że często wśród naszych muzyków panuje przekonanie „nie jesteśmy jeszcze gotowi, aby zagrać za granicą”, podczas gdy my naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Mamy totalnie zajebiste, zdolne kapele. Ale wielokrotnie się z tym spotykałem, a to jest gówno prawda – najlepiej przecież zacząć jak najwcześniej. My tak zrobiliśmy jeszcze parę lat temu – pojechaliśmy totalnie na wariata na koncerty, na których wtopiliśmy – ale co z tego? Od jednego do drugiego –  doszliśmy do tego punktu, w którym jestesmy. Albo zaczniesz to robić, albo będziesz czekał, aż się samo zacznie – ale to nie nastąpi.

Gdybyście mogli wydać waszą płytę w dowolnej wytwórni to jaka to by była?

S: Nie chodzi o to, żeby podać nazwę – ważne jest to, że gdy się jest pod skrzydłami jakiejś dużej wytwórni to jesteś tam po to, by oni mogli na tobie zarobić. Gdybyśmy więc mieli wejść w tego typu współpracę, to chciałbym być w takiej wytwórni, która, że tak powiem, “nie wyrucha nas za bardzo” i w której będzie to wyglądało bardziej na zasadzie współpracy a nie po prostu zarobku. Wielkie osoby ze sceny muzycznej – tutaj mogę podać przykład wywiadu z Philem Anzelmo – mówią, że podpisywanie umowy z wytwórnią to wielka pułapka. Oczywiście jest też druga strona medalu – gdyby nie ta pułapka, to pewnie nie byliby tym, kim są w tym momencie. Temat jest śliski, trzeba mieć na uwadze, że oni są po to, żeby nas wypromować, ale też na nas zarobić. Trzeba więc znaleźć tutaj równowagę.

R: Ja też nie mam żadnego wymarzonego labelu. Głównie z tego powodu, że działalność DIY – przynajmniej na tym etapie – pozwala nam na największy zarobek. Prosty rachunek –  musimy najwięcej zainwestować i ponieść największe ryzyko, ale zarazem zgarniamy z tego największy profit. Ta skala ma gdzieś oczywiście koniec – jest jakiś taki etap, od którego my nie jesteśmy w stanie dystrybucyjnie pójść dalej i promocyjnie pójść dalej. I tutaj zaczynają się schody – bo wytwórnie o małym zasięgu na ogół nie są dla nas atrakcyjne, bo jesteśmy w stanie sami lepiej ogarnąć to, co oni mają do zaoferowania.

S: Anegdota – i to nie jest ściema. Oczywiście nie jestem w stanie udowodnić, że to prawda – zespół jest świadkiem. Trzy godziny po premierze The Last Bow odezwał się do nas agent z Roadrunner Records z pytaniem, czy jesteśmy zainteresowani współpracą. Nie ściemniam – 3 godziny po premierze. Trzecia w nocy była. My oczywiście odpisaliśmy, ale później wątek się urwał i już nie odezwali się do nas.

R: Już zapomniałem o tym. Ale to jest najprawdziwsza prawda!

Do jakiego kraju sprzedaliście do tej pory najwięcej swoich płyt?

R: Daj mi otworzyć statystyki na Bandcampie. Co ja ci będę palcem po wodzie pisał, jak ja tu wszystko mam.

M: Do Australii nawet wysyłałem. Mamy też dwóch fanów w RPA na przykład.

R: Największe zainteresowanie – poza Polską oczywiście, no bo to jest naturalne – to najdalej chyba Australia, podobnie Francja, Niemcy, Stany.

S: Francja, Niemcy, Stany i Anglia to są te cztery kraje gdzie najbardziej idzie.

Zupełnie mnie to nie dziwi – Niemcy to ogromny rynek.

R: Jasna sprawa, dlatego trzeba tam jeździć. (śmiech)

Wielkie dzięki za rozmowę i do zobaczenia w Krakowie.