Nowe życie Ślimaka

Wasz nowy album powstał w błyskawicznym tempie. Zważając na to, że w poprzednim roku uraczyliście nas dwoma wydawnictwami, jak to się stało, że Eye the Tide ujrzał światło dzienne tak szybko?

Bartek Janik: To fakt. Pierwsze pomysły pojawiły się w okresie wakacji, a około września/października zaczęło się pisanie na poważnie. Album nagraliśmy w styczniu tego roku. Krążek powstał szybko, a zostało to wywołane potrzebą wyrażenia emocji, które w nim zawarliśmy. Jest to nasz jak do tej pory najbardziej osobisty album. Można powiedzieć, że okres w którym byliśmy jako ludzie wtedy, spotęgował nasze muzyczne poszukiwania. Było to trochę swego rodzaju odetchnięcie od rzeczywistości i wyrzucenie z siebie ogromu emocji. Eye the Tide zdecydowanie został też napędzony okresem jesiennym,  co pewnie słychać na całości płyty.

Również miałem takie wrażenie słuchając tego krążka. Jest najbardziej „ludzki” w sposób bezpośredni, szata kosmosu jest trochę mniej zauważalna. Czy to było specjalne założenie?

B: To zdecydowanie prawda i był to zamierzony efekt. Nie ukrywam, że pod kopułą miałem pomysł, aby uciec z tego rejonu choć na chwilę i spróbować zrobić bardziej przyziemnego ślimaka. Takiego, który wywoła więcej wskazanych emocji, niż typowej wolnej interpretacji kosmosu – jak to miało miejsce na poprzednich krążkach.

Wspomniałeś o wpływie jesieni. Zatrzymajmy się przy utworze Words Like Stones. Słychać tam wyraźne ‘Agalloch vibes’, ale nie tylko. O czym jest ten utwór ? Jest pełen rozpaczy, a zarazem emanuję czystym wkurwieniem. Jak to wszystko się stało?

B: Jest to jak do tej pory najbardziej osobisty utwór jaki napisałem. Generalnie ten kawałek mówi o tym jak człowiek czasami potrafi być ślepy i przez to stracić jakąś ważną część siebie. Jest o uświadomieniu sobie  popełnionych błędów i dosłownej utracie czasu. Ten utwór pozwolił mi się „oczyścić”. Jakbym miał w jednym słowie opisać o czym jest Words Like Stones, to jest on o stracie. Po jego nagraniu poczułem się uwolniony od pewnych osobistych spraw. W samym utworze nie ma żadnych zamierzonych inspiracji innymi zespołami, jak zawsze w przypadku naszej muzy, wszystko wychodzi naturalnie z biegiem rzeki. Poza tym udało mi się też po raz pierwszy pojawić w roli głównego wokalisty w tym numerze, ma to dla mnie tym bardziej większy i osobisty wydźwięk. A było to z jednej strony nie lada wyzwanie, bo jak wszyscy wiemy ten kawałek mocno odstaje stylistyką wokalną od całego Spacesluga. Mimo wszystko do momentu wejścia do studia nie wiedzieliśmy, że powstanie naturalnie taka „kontrowersja”.

No właśnie, prócz wielu osobistych aspektów i wyraźnie melancholijnej atmosfery, Eye the Tide jest wypełniona nowymi rozwiązaniami. Porozmawiajmy o tym z perspektywy całej płyty. Czym jest przypływ na który każecie spojrzeć gdy odpalamy album? Ostatni numer jest ukazany w pierwszej osobie, mam wrażenie, że dajecie do zrozumienia, że nadciągają pewne zmiany, które jak wspominamy możliwe są do usłyszenia, ale czy to są stałe zmiany?

B: Jak już wspomniałem był to ciężki okres dla całego zespołu. Było wiele negatywnych emocji związanych z codziennymi sprawami każdego z nas. Wpływało to mocno na songwriting. Motyw przypływu miał na celu zobrazowanie, że czasami człowiek szuka dookoła siebie powodów i oskarżeń, lecz na końcu można dojść do wniosku, że sam jest prowodyrem tego wszystkiego. Rozwiązanie tkwi w każdym z nas i to my czasami możemy być tą falą negatywnych emocji, która niszczy wszystko dookoła. Jak błaho i prosto to nie brzmi – to dokładnie taki przekaz miała mieć ta płyta. Oczywiście każdy znajdzie w tym swoje dno, ale dla mnie osobiście właśnie te wartości zostały zawarte na tym krążku. Artwork również świetnie to obrazuje.

Jeżeli zaś chodzi o zmiany – cały czas ewoluujemy. Nie mogę odpowiedzieć wprost na pytanie, jak Spaceslug będzie wyglądać za 3 albo 10 lat. Jest to nasz naturalny rozwój i nie blokujemy go w żaden sposób, aby zmieścić się w oczekiwania fanów albo jakieś ramy. Dla nas nie istnieje coś takiego jak granica muzyki. Jak będziemy chcieli nagrać płytę z chórem gospel, to gwarantuję, że taka płyta się ukaże, jeżeli taką potrzebę wyrazu artystycznego poczujemy. Styl gry każdego z nas też się zmienia. Ja nie ukrywam, że odszedłem od stoner/doomów i moje inspiracje typowo gitarowe stoją teraz w zupełnie innych rejonach. To też dało się odczuć na Eye the Tide. Ja to nazywam rozwojem, inni mogą psioczyć, że to zbyt duża zmiana klimatu.

Czym zatem różnił się proces twórczy porównując Eye the Tide do Lemanis?

B: Z jednej strony niczym. Wszystkie nasze albumy powstawały w dokładnie ten sam sposób. Z drugiej zaś jesteśmy teraz bardziej świadomym zespołem. Podczas nagrywania Lemanis nawet nie byliśmy do końca ograni jako kapela. Album zaczął się pisać miesiąc po założeniu składu i w ciągu 3-4 miesięcy był prawie gotowy. Teraz każdy wie dokładnie co robić w zespole, jaka jest jego rola, poznaliśmy lepiej nasze „własne” rejony dźwiękowe. Jako całość jesteśmy o wiele bardziej zgrani. Eye the Tide tak jak mówiłem wcześniej, powstało z potrzeby emocji. Każda nasza płyta zawierała jakieś ukryte treści etc. Ale najnowsze wydawnictwo jest pierwszym albumem, który był czysto zamierzony od początku do końca pod tym względem. Nawet na etapie nagrywania dało się to odczuć. Do tego nawet patrząc od strony technicznej, teraz dysponujemy zupełnie innymi możliwościami niż przy Lemanis. To też oczywiście pomagało przy pisaniu muzyki.

Produkcyjnie mam wrażenie jakby to była wasza najlepsza płyta, brzmienie jest zimne i surowe, a zarazem niesamowicie przejrzyste.

B: Taki był też zamiar. Miałem małą wizję by brzmiało to z jednej strony bardziej surowo, niż kluchowato jak to w tej muzyce bywa. Żeby też w samym dźwięku było słuchać emocje, dzięki wyciągnięciu poszczególnych instrumentów. Osobiście też stoję za tym, że Eye the Tide brzmi najlepiej. Na tym krążku produkcyjnie wyciągnęliśmy o wiele, wiele więcej niż w przypadku pozostałych płyt. To też oczywiście naturalny proces uświadamiania się i poznania czego się chce od muzyki. Choć uważam, że każdy album brzmi tak jak na czas powstawania powinien.

No właśnie, pozwolę sobie powrócić ponownie do Lemanis. Brzmienie tamtego albumu w bezbłędny sposób odzwierciedla kosmos. Harmonie, każda najmniejsza wibracja. Czy to był zwykły zabieg produkcyjny, czy macie umiejętność słuchania jaki dźwięk ma kosmos?

B: Przy Lemanis zamiar był prosty – wsadzić tam tyle kosmosu ile się tylko da. Od sampli w tle, które są rzeczywistymi dźwiękami kosmosu, przekazami misji kosmicznych, po płynące gitary, bass czy rozleniwione wokale. Produkcyjnie album mógł być lepszy, ale wtedy jeszcze nikt z nas nie wiedział jaką to ma mieć ostateczną formę. Efekt końcowy ma swój urok dzięki temu. Ale są też syndromy produkcyjne tzw. „pierwszej płyty” (śmiech).

 

Z perspektywy częstotliwości dzielenia się waszą muzyką z fanami, wszystko jak do tej pory wydajecie samodzielnie, zaś odbiór waszej muzyki jest coraz szerszy. Nie myśleliście o współpracy z jakąś wytwórnią co byłoby kolejnym krokiem naprzód?

B: To dosyć ciężka kwestia. Jesteśmy w takim momencie zespołu, że teraz bardziej potrzebny nam jest stały kontrakt bookingowy, niż wytwórnia. Model „biznesowy” DIY nam bardzo odpowiada i pod wieloma względami jest dla nas lepszy. Przede wszystkim jesteśmy wolni jako artyści, nikt nam nic nie każe, ani na nas nie wymusza. Nie ma deadlinów, terminów i wszelakich bzdetów z tym związanych. Z pewnością deal z wytwórnią poszerzyłby w jakimś stopniu liczbę odbiorców, ale z drugiej pojawia się pytanie, jakiego rodzaju musiała by to być wytwórnia. Na ten moment większość ofert jest dla nas po prostu nieopłacalna. Udało nam się przejść pewien etap jako zespół, jeżeli chodzi o dotarcie do ludzi. Często gęsto na tym etapie wytwórnie bardzo pomagają kapeli stanąć na nogi. Niestety granie muzyki to też w pewnym stopniu pieniądze z niej płynące. Jako zespół wolimy na razie rozwijać się sami i sami kontrolować zyski i wydatki. Jeżeli przyjdzie moment, że będzie oferta, która opłaci się wszystkim to się na nią na pewno zdecydujemy. Więc odpowiadając na twoje pytanie – kolejny krok na przód to na pewno dobry booking.

Jeżeli chodzi o dotarcie do ludzi to w dużej mierze odbiorców zyskaliście dzięki Youtube’owi o czym też rozmawialiśmy rok temu przy okazji naszego ostatniego wywiadu. Eye the Tide był ponownie promowany przez kanał Stoned Meadow of Doom. Jak dużą rolę odgrywa dla Was tego typu internetowa promocja?

B: Na pewno jest to spora część. Nie ukrywam, że największą pomocą był Bandcamp i pojawianie się w wysokich pozycjach rankingowych przez bardzo długi czas. Od drugiej płyty bardzo nam to pomogło i dzięki temu poszerza się zakres fanów i ludzi, którzy kupują albumy. Wracając do poprzedniego wywiadu – tak jak wspominałem, wyświetlenia nie zawsze idą w parze z innymi czynnikami. Patrząc na naszą EP-kę na YT nie osiągnęliśmy, aż tak dobrego wyniku jak poprzednie krążki. Pomimo tego na BC stale rozszerzamy fanbase i tam już EP-ka zrobiła furorę. Czasy internetów – tego nie pomalujesz. Algorytmy i inne tego typu sprawy. Jest to na dziś dzień nie do przewidzenia. Widzę albumy mające naprawdę masę wyświetleń i nie idącą za tym popularność kapeli. Widzę też świetne bandy z dużym zapleczem fanów, a stosunkowo miernym wynikiem na YT. Gdzie reguła? Nie wiem (śmiech). Jedyne co wiem to, że dziś YT bardzo pomaga i jest to świetny akt promocyjny. Przede wszystkim właśnie dlatego, że zespół może dojść do ludzi, będąc nie zrzeszony żadnym kontraktem.

Właściwie do tego zmierzam. Nie myślicie, że całe to zjawisko może zjeść w końcu swój własny ogon? Mam na myśli ilość, ogrom debiutujących miesięcznie kapel. Niedługo nie będzie możliwe odnalezienie w tym natłoku zespołu wartościowego który może zaoferować „coś więcej”.

B: Ja mam wrażenie, że to już de facto trwa teraz. Sam już odszedłem od szukania nowych kapel w ten sposób bo jest tego za dużo. W natłoku „tego samego”, aż ciężko odszukać coś dla siebie. Ale wszystko to sprowadza się też do różnych innych wartości, których nie dało się ominąć przy czymś co staje się masowe. Każdy taki proces musi przeżyć w końcu swój przekwit. Jest to dla mnie tylko o tyle smutne, że mam wrażenie, iż nie pojawia się żaden rodzaj „kategoryzowania” na coś co warto gdzieś pokazać, a na coś co właśnie nie niesie za sobą nic. Za rok czasu będzie jeszcze gorzej. Ale to chyba naturalny proces i mogliśmy się tego spodziewać. Jest to broń obusieczna w tym przypadku.

Poruszam tego typu kwestie bo chcę się odnieść do tego jak wy prowadzicie zespół. Widać po Was bardzo dojrzałe podejście do tematu. W pewnym sensie się nie wychylacie i jak sam wspominasz, budujecie cierpliwie markę. Jesteś w stanie w tym wypadku podzielić się radami z nowo powstałym zespołem?

Mniej gadać, a więcej grać (śmiech).

W lipcu widzieliśmy się w Lądku Zdrój gdzie graliście na Mountain JAM Stoner Generator Party. Musisz przyznać, że klimat tego miejsca i imprezy był wyjątkowy. Co sądzisz o tego typu inicjatywach?

B: Był i to bardzo. Organizował to Wojtek (Kuczwalski red.), gitarzysta Palm Desert. Na pierwszą edycję osiągnął 100% sukcesu i szanuję go za poważne podejście do sprawy. Za rok mam nadzieje, że odbędzie się to w jeszcze większej formie, a finalnie wbije się to na mapie Polski, a być może potem na mapie Europy, jako świetna impreza dla fanów takiej muzyki. Na pewno dołożymy wszelkich starań by pomóc Wojtkowi dalej rozwijać tę inicjatywę. Takich imprez w Polsce brakuje. Mam nadzieję, że będzie ich co raz więcej, szczególnie by pokazać właśnie młode talenty w dobrym świetle i w dobrych warunkach koncertowych. W ten sposób można pomóc przy rozwijaniu tej so called „sceny”.

No właśnie, „sceny”. Uważam jednak, że inicjatyw i osób czynnie działających w Polsce w „stonerze” jest sporo. Patrzę na Wrocław i widzę rzeszę ludzi współpracujących ze sobą, wy sami od lat gracie w innych zespołach. Fakt, że rasowo unikalnie stonerowej imprezy jak ta nie da się podrobić. Ale ostatecznie nie myślisz, że całe to zjawisko w Polsce można już nazwać sceną?

B: Trzeba by było zacząć od tego co to jest ta cała scena. Ja nie wiem. My działamy troszeczkę obok tego wszystkiego mam wrażenie, co nie specjalnie mi przeszkadza. Jeżeli patrzymy na ilość eksportowego towaru u nas to stoi to na bardzo dobrym poziomie i jestem z tego serio dumny. Wielokrotnie zespoły, które na prawdę są zasłużone dla „sceny” polskiej imponowały mi swoim podejściem do tematu, zarówno na koncertach jak i poza nimi. Nie o każdej kapeli można to rzecz jasna powiedzieć. Ale stoimy na bardzo wysokim poziomie na mapie Europy i uważam też świata. Szykuje się też pewna niespodzianka związana z tzw. siłą eksportową naszego kraju, ale jest za wcześnie by o tym oficjalnie wspominać (śmiech).

A czym w ogóle jest ten stoner?

B: Wiesz, mówiąc całkiem poważnie to nie jestem do końca pewny jak w jednoznaczny sposób można to określić. Jedni powiedzą, że to styl bycia, drudzy, że ciężkie riffy, smoła, gruz itp. itd. Dla mnie jest to forma muzyczna, w której można w prosty sposób przekazać treści, niekoniecznie uzewnętrzniając przy tym wirtuozerie na poziomie Steviego Vaia. Nie jestem ambasadorem tego gatunku, więc trzeba by było zapytać kogoś kto uprawia to 20 lat. Dla mnie to pojęcie było potrzebną przypinką, która akurat pasowała w danym etapie twórczym. Nie wiem czy określenie Stoner jeszcze pasuje do Spacesluga. Wydaje mi się, że odeszliśmy już nawet dość dawno od tej broszury. Jestem z tego zadowolony, bo Ślimaka teraz nie da się zaszufladkować w jednym oczywistym kanonie. Większość z nas, a przynajmniej ja, miałam ten etap, że nie słuchało się nic poza codzienną dawką stonera. Na szczęście mi to przeszło.

Wspomniałeś wcześniej o jakiejś niespodziance. Rozumiem, że jej nie zdradzisz? Ale może inne Wasze plany na przyszłość? Przygotowaliście już cover Don’t Leave Me Now Pink Floydów na składankę wytwórni Magnetic Eye Records na której znajdziecie się w bardzo zacnym gronie. Ale czy szykuje się coś jeszcze?

B: Tak, ale nie mogę o tym mówić. Dopowiem tylko, że długo czekać na to nie będzie trzeba. Poza tym nasze plany są teraz jasno określone na granie live. Zmieniliśmy właśnie salę prób, na dużo większą z nowymi możliwościami i już od 2019 chcemy wyjść z nieco nową formą koncertów. Na tym teraz się skupiamy. Chyba, że znów nam odbije i zaczniemy pisać kolejny album (śmiech).

Tym akcentem możemy zakończyć tę rozmowę i widzimy się w listopadzie w Krakowie gdzie gracie u boku Yob czy Wiegedood. Autoreklama? (śmiech)

B: Dla mnie koncert u boku Yob będzie zwieńczeniem marzeń, więc postaramy się dołożyć do pieca tak jak jeszcze nigdy!

Dzięki wielkie za rozmowę!

Rozmawiał: Radek Bury

755 total views, 3 views today