Złe miłego początki

Po odwołanej wiosennej mini-trasie po Polsce – Somali Yacht Club zagra już w najbliższą sobotę w Alchemii podczas Soulstone Gathering Warm Party. Ukraińskie power trio jest dla nas zespołem bardzo ważnym, co chyba widać po ilości koncertów tej grupy w byłej stolicy Polski. Tym razem odwiedzą Kraków już po raz piąty –  z nową płytą, nowym bagażem doświadczeń i… paszportem. Wywiad rzeka, już na Was czeka.

Słyszałem, że rozwiązaliście paszportowo-wizowy problem na dobre? Co tak właściwie stało się w kwietniu na granicy polsko-ukraińskiej?

Ihor: Tak, ten problem już nie wróci. Nigdy. Co do samej sytuacji, no cóż, nie będę ukrywał – to był mój błąd, moje niedopatrzenie. Miałem stary paszport i byłem przekonany, że jest wciąż ważny. Jak wiecie – niestety nie był. Nawaliłem po całości.

Niedopatrzenie, niedopatrzeniem, ale śledząc Wasze media społecznościowe, można odnieść wrażenie, że to były złe miłego początki. Hej, tylko na jesień zagracie 29 koncertów m.in. u boku Stoned Jesus w całej Europie. Jak tego dokonaliście? Do tej pory nie byliście kojarzeni z grupą, które tak dużo koncertuje.

Ihor:  To było dla nas nie lada wyzwanie. Byłem niesamowicie przygnębiony i wściekły na siebie po moim ‘wiosennym fakapie’, więc postanowiłem przekuć te emocje w coś pożytecznego dla zespołu. Próbowałem zabookować wszystkie koncerty, które mieliśmy w planach na jesień. Różnica jest taka, że tym razem się to udało. W poprzednich latach, jeśli mieliśmy w planach 20 koncertów na kwartał, zazwyczaj połowa z nich nie dochodziła do skutku – a bo za daleko, a bo nie ma odpowiedniego transportu lub promotor nagle gdzieś znikał. Prawdopodobnie jest to pierwszy raz w historii SYC, że udało się zrealizować  100% planu bookingowego (śmiech).

Artur:  Główny problem mamy teraz z naszymi zobowiązaniami zawodowymi. Ihor i Lesyk zmienili swoje prace i mają zgody pracodawców na tak długie ‘wakacje’. Ja z tym nie mam problemu, także mogę jechać w trasę praktycznie w każdej chwili. Odnośnie bookingu – to naprawdę nie było takie trudne. Mamy swoją bazę kontaktów, którą się dzielimy z innymi, mieliśmy też propozycje bezpośrednio od lokalnych promotorów. Najważniejsze to zacząć planować wszystko z odpowiednim wyprzedzeniem.

To teraz porozmawiajmy o ‘The Sea’. Pamiętacie dwóch Panów z Metalurgii, którzy przeprowadzili z Wami wywiad w 2015 r.? Powiedzieliście wtedy: nasz następny album będzie zdecydowanie bardziej skomplikowany, będzie na nim słychać wpływy wielu innych gatunków, będzie mniej stonerowy. Zgodzicie się z Waszym wyobrażeniem ‘The Sea’ z 2015 r.? (red. wywiad został przeprowadzony po występie Somali Yacht Club na Soulstone Gathering Festival 2015)

Lesyk: Na pewno na ‘The Sea’ jest mniej stonera. Wydaje mi się, że wtedy trochę przesadziliśmy z tym określeniem, ale nie od dzisiaj wiadomo, że ciężko jest oceniać własną twórczość.

Ihor:  Wciąż brzmi dla mnie mniej stonerowo, także to się zgadza, właściwie to nigdy nie graliśmy takiego czystego stonera.

Artur: Myślę, że wyciągnęliśmy wnioski z pracy nad pierwszym albumem, kiedy nie oczekiwaliśmy niczego, a dostaliśmy pozytywne recenzje. Tak naprawdę naprawdę myśleliśmy, że ‘The Sea’ będzie płytą rozbudowaną, ciężką w odbiorze. Okazało się, że nie jest skomplikowana dla odbiorców, tylko dla nas samych (śmiech).

Podczas tego samego wywiadu mówiliście też, że planujecie wydanie nowego albumu na nowy rok ? Czemu tak długo kazaliście nam czekać na następcę ‘The Sun’? (Wspomniany wywiad został przeprowadzony w październiku 2015 r. – przyp.red.)

Lesyk: Było wiele powodów, a jeszcze więcej wymówek. Przez pierwszą część roku pracowaliśmy zdalnie nad mixem & masteringiem, potem  okazało się, że rok się kończy i jest już trochę za późno na profesjonalne wydanie płyty. Oczywiście mogliśmy ją po prostu wrzucić do sieci, ale wspólnie zdecydowaliśmy się na współpracę z Robust Fellow. Wiesz – kwestie PRowe związane z wydaniem nowego albumu, merch i cała otoczka, dzięki której album nie przejdzie niezauważony. Jednak to też są wymówki, prawda?

Artur: Wierzymy, że dobry materiał wymaga czasu…

Robust Fellowship. Możecie powiedzieć nam coś więcej o tej wytwórni i Waszej współpracy z nimi? Wydaje mi się, że z roku na rok stają się coraz więksi – czyja to zasługa? Filippa Dobrova i Vala z Ethereal Riffian? Czy jest tam więcej zaangażowanych osób?

Lesyk: Głównodowodzącym jest Filip Dobrow – to on jest motorem napędowym całej wytwórni. Jak już jesteśmy przy tym temacie, to chcielibyśmy podziękować Filippowi i Val’owi oraz całej ekipie za pracę, którą włożyli w Somali Yacht Club.

Artur: Przede wszystkim robią to z prawdziwą pasją i szczerym zaangażowaniem! Jeśli kiedykolwiek zobaczysz ich produkty albo stoisko z merchem – wtedy zrozumiesz. (uśmiech)

Kto jest u Was odpowiedzialny za muzykę? Jak to jest? Siedzicie sobie na sali prób, nagle wchodzi jeden z członków SYC i mówi: Hej chłopaki, ostatnio dłubałem przy riffach w domu, no i mam taki pomysł. Spoko? Bardziej tak czy pracujecie nad wszystkim wspólnie?

Lesyk: Coś w tym stylu, ale czasami niezaplanowane jam session może być naprawdę produktywne.

Ihor:  Większość naszej pracy w sali prób to jammowanie wokół wcześniej wymyślonego, ustalonego głównego motywu, riffu. Czasami są to czyste, niczym nieskrępowane improwizacje, które po jakimś czasami ewoluują w bardziej poukładany numer.

Artur:  Tak, jammowanie to ‚sól’ naszego podejścia do tworzenia muzyki, natomiast wydaje mi się, że żaden zespół nie jest w stanie istnieć bez jednej osoby, która ciągnie to wszystko do przodu i przynosi nowe, bardziej skonkretyzowane pomysły. U nas w głównej mierze taką osobą jest Ihor – czasami sam też coś przyniosę z domu. Wtedy bierzemy taki riff na warsztat, ogrywamy go podczas jam session, zmieniamy, dodajemy to, odejmujemy tamto, dopóki nie stwierdzimy, że mamy gotowy numer. Dopóki nie będziemy w pełni usatysfakcojnowani. Takie podejście niestety wymaga czasu, m.in. dlatego ‘The Sea’ powstawała tak długo.

To samo pytanie o teksty.

Ihor: Jeżeli chodzi o The Sea – postanowiłem włożyć dużo wysiłku w liryki. Zazwyczaj działa to tak: przede wszystkim, wspólnie decydujemy na jakim motywie będziemy bazować, potem staram się stworzyć kilka fraz. Ostatni etap to właśnie odpowiednie dopasowanie tekstu do już istniejącej melodii. Taka strategia sprawdziła się przy najnowszym albumie, dlatego wydaje mi się, że będziemy mieli takie same podejście przy nagrywaniu kolejnych płyt.

Czy teksty, albumy koncepcyjne są dla Was jakoś szczególnie ważne?

Lesyk: Zawsze byłem bardziej zainteresowany słuchaniem albumów z jakąś historią. Może dlatego wiele z moich ulubionych płyt to albumy koncepcyjne. Oczywiście muzyka jest najważniejsza – nie poprawisz złego utworu dobrą historią, ale, gdy muzyka idzie w parze z jakąś ideą, konceptem, to dodatkowo zyskuje na wartości.

Ihor: Tak szczerze? Nigdy nie przywiązałem większej wagi do konceptów idących za muzyką – dopóki nie zostałem fanem muzyki progresywnej. Pamiętam, jak słuchałem Mars Volta’s De-Loused in the Crematorium i zastanawiałem się, co oni chcą mi powiedzieć. Potem poczytałem trochę o koncepcie na Wikipedii i byłem w szoku! ‘To jest jak książka, jak prawdziwa historia’ – powiedziałem wtedy do siebie.

Artur:  Albumy koncepcyjne są pewnego rodzaju dodatkową warstwą, historią do albumu, która sprawia, że dany album nabiera dla mnie dodatkowej głębi. Lubię takie zabiegi.

Macie jakieś ulubione teksty, chwytliwe frazy, które lubicie sobie nucić?

Ihor: „…sitting alone, I’m sitting alone, alone and watching porn…” albo „Sands are everywhere, I can feel it in my balls” (red. ciekawa parafraza tekstów SYC z utworów Loom & Vero)

Lesyk: Masz na myśli naszą muzyką czy ogólnie? Bo ogólnie to mam dużo zaśpiewek spod egidy HC / punk. W pewnych warunkach, pewne teksty są po prostu wryte w głowę i nic na to nie poradzisz.

Artur: Jeżeli chodzi o nasze teksty – bardzo lubię Sightwaster i sposób w jaki Ihor je śpiewa. Natomiast patrząc bardziej ogólnie, to solidaryzuję się z tym, co Lesyk powiedział. Pamiętam też śmieszną sytuację z zespołem As I Lay Dying. Było kiedyś takie popularne video, gdzie oryginalne słowa zostały zastąpione swoimi odpowiednikami z j. rosyjskiego. No i kiedy grali koncert w Moskwie – ludzie śpiewali razem z nimi… po rosyjsku. Tim Lambesis wyglądał na bardzo zaskoczonego, że tylu ludzi zna ten tekst ze wspomnianej przeróbki. (śmiech)

Jednym z ciekawszych momentów na The Sea jest utwór Religion of Man. Kto lub co jest Waszą religią?

Ihor:  Hm, Religion of Man nie jest traktuje o konkretnej religii, jest pewnego rodzaju alegorią. O człowieku, który sam nałożył na siebie pewne zobowiązania i musiał sobie z nimi radzić. Ale… pieprzyć religie. Więcej wiedzy, mniej wiary.

Artur: Byłem katolikiem przez lata, jednak po rewolucji na Majdanie w 2014 r. straciłem wiarę. Całkowicie i bezpowrotnie. Religia jest dla słabych i przestraszonych ludzi. Wierzę, że żyjemy w pewnego rodzaju grze video –  stworzyli nas z jakiś powodów, a teraz zostaliśmy zapomniani. Twórca nie jest bogiem, jest tylko twórcą. Prawdziwym sensem naszego życia jest jego celebracja, nie uprzykrzanie innym życia, rozwój i progres, podążajcie drogą Elona Musk’a (uśmiech).

A to nie jest tak, że wierzycie w potęgę natury i jej cykli? Tytułu Waszych albumów są dosyć wymowne (The Sun, The Sea – przyp.red.). Pamiętam też, że mówiliście o tym ze sceny podczas pierwszej wizyty w Krakowie w 2014 r.

Ihor: Wiesz, to wszystko jest dość skomplikowane – na pewno nie można sprzeczać się z siłą natury. Na ten moment ciągle pozostaje nieujarzmiona przez człowieka i możemy postrzegać ją tylko, jako pewnego rodzaju ‘boży plan’. Może w przyszłości człowiek będzie w stanie ją poskromić. Kto wie? Natomiast odwrotnie proporcjonalnie z coraz większym zrozumieniem pojęciem ‘boga’, staje się on coraz mniejszy i mniejszy.

To kto jest tym Starym Człowiekiem, o którym śpiewacie? Zwykły śmiertelnik, borykający się z takim samymi problemami jak my sami?

Ihor: Chciałbym zostawić to pytanie bez odpowiedzi, pozwólmy każdemu zrozumieć go na swój sposób.

Dobrze. To może zdradzicie nam chociaż jaka kryje się historia za okładką The Sea? Nie ukrywam, że jej immersyjność bardzo przypadła mi do gustu – wydaje się być ściśle powiązana z tytułami utworów…

Lesyk: Taka była idea. Dasha, która stworzyła okładkę dostała od nas 10 punktów na 10 możliwych za obrazowe przedstawienie piosenek zawartych na albumie.

Artur:  Ciężko jest nam tworzyć inne kreatywne rzeczy – oczywiście z wyjątkiem muzyki. Możemy mieć jakieś pomysły, wizje, ale nie możemy wprowadzić ich w życie, osobiście przelać na papier. I właśnie Dasha powołując się na piosenki oraz teksty narysowała okładkę idealną! I masz rację – jedna grafika, ale pasuje praktycznie do każdej piosenki.

To teraz wejdźmy trochę głębiej w płytę. Jaką historię opowiada utwór zatytułowany 84 days? Jak mamy interpretować tekst: Great return of executor, have you got what you had asked for, man would never be defeated, though our path is not completed?

Ihor: Opowiada historię poświęcenia w drodze do osiągnięcia danego celu. Czasami to poświęcenie jest uzasadnione, czasami nie.

Dlaczego akurat 84 dni?

Ihor: Ha, to jest dobre pytanie! Tyle trwała przygoda w książce E. Hemingwaya ‘Stary człowiek i morze’.

Z którego numeru na The Sea jesteś najbardziej dumni i dlaczego?

Lesyk: Nie wiem, czy duma jest tutaj odpowiednim słowem, ale postawiłbym na Religion of Men. Jest to na pewno najbardziej ekscytująca piosenka podczas grania live – szkoda tylko, że nie jest zbyt koncertowa… My ją lubimy grać, ale publika nie jest już tak entuzjastycznie do niej nastawiona.

Ihor: Mam tak samo – patrząc z muzycznego punktu widzenia.

Artur: Ja w zasadzie kocham wszystkie piosenki z tej płyty. Jednak trzeba mieć na uwadze, że zawsze są dwie strony danego utworu.  Jedna jest dedykowana muzykowi, który ją wykonuje, druga jest dla publiczności zgromadzonej pod sceną. Na pewno jestem dumny z 84 days – za jej głębokie znaczenie i majestatyczne zakończenie!

Artur, mam tak samo jak Ty. Skoro jesteśmy już przy temacie grania live… Jaki macie pomysł na setlistę na krakowski koncert?

Artur: Pomiksujemy utwory z naszych obu albumów – oczywiście z przewagą kompozycji z The Sea.

The Sun, The Sea? Jak nazwiecie swój następny, trzeci już album? Jakieś pomysły? Może The Mountain z gościnnym występem Igora Sidorenko ze Stoned Jesus ? (śmiech)

Lesyk: Podobna koncepcja nazwy jest dziełem przypadku – w żaden sposób tego nie planowaliśmy, nie ustalaliśmy. Jeżeli chodzi o pomysł na nazwę kolejnego albumu to… bardzo spodobała mi się idea zaproponowana przez MORE FUZZ – The Sex. Ten żart najlepiej zrozumieją francuzi i fani Serge’a Gainsbourg’a. (śmiech)

Artur: Haha, dobry pomysł z Igorem, chociaż zwykle gramy razem coś z repertuaru RATM. Mamy pomysł na nazwę, ale na razie trzymamy go w sekrecie.

Up in the Sky drugą najpopularniejszą piosenką na Ukrainie? Syndrom I’m the Mountain? Zgodzicie się z taką tezą? Może patrzę trochę subiektywnie, ale nie mogę pozbyć się widoku krakowskiej publiki gwiżdżącej razem z Wami początek tego numeru.

Ihor: Nie sądzę. To po prostu dość prosta i łatwo wpadająca w uchu piosenka, ale raczej nie jesteśmy zespołem produkującym hiciarskie single.

Artur: Nie jest jakoś specjalnie przez nas traktowana, ale jest fajna i kompletna. Nie nadajemy jej jakiegoś szczególnego znaczenia, właściwie to sympatia naszych fanów do tego utworu sprawia, że gra się ją wyjątkowo.

Ok, ale nie możecie zaprzeczyć, że jest chwytliwa, szczególnie główny motyw.

Ihor: Prawdopodobnie, ale ciężko jest nam postrzegać nasze piosenki pod kątem chwytliwości. Właściwie to Kraków był pierwszym miastem, który śpiewał z nami jakąkolwiek piosenkę podczas koncertu – i było to właśnie podczas Up in the Sky. Na pewno jest idealna na zakończenie show.

Ihor, jak tam twój side project – Peach Blossoms? Możemy spodziewać się jakiś koncertów? Muszę przyznać, że EP brzmi naprawdę obiecująco!

Ihor: Niestety nie. Somali pochłania cały mój wolny czas. Ale, ale – mam teraz nowy projekt Takoe, więc prawdopodnie usłyszecie coś od mojego elektronicznego alter ego. (śmiech)

Możecie polecić nam jakieś lokalne zespoły z Lwowa? Nie pytam tylko o stoner, shoe-gaze, czy post metal.

Lesyk: 1914 – black metal łamany przez sludge bazujący na koncepcie pierwszej wojny światowej. Na pewno Nonsun, mam nadzieję, że chłopaki będą dalej grać na żywo, nie tylko nagrywać w studio. Ich z czystym sumieniem mogę polecić fanom Earth, Swans, Sunn o))). Mamy jeszcze zespół The Sunset Survival, melodyjny hardcore ze wstawkami emo.

Artur: I to chyba niestety tyle. Nie mam teraz zbyt wielu zespołów, głównie cover bandy. To bardzo smutna oraz zła tendencja, która mam nadzieję szybko się zmieni.

Artur, specjalnie dla Ciebie pytanie po polsku – jak to się stało, że tak dobrze władasz naszym językiem?

Artur:
 Niestety, po polsku piszę bardzo kiepsko, ale za to mówię nieźle! To dzięki latom spędzonym w Kościele katolickim, a także polskim korzeniom mojej mamy.

Opowiesz nam coś więcej o Twoich inspiracjach muzycznych i wpływie ideologii Straight edge na Twoją twórczość, wrażliwość artystyczną? Pytam, bo w wywiadach często podkreślacie Wasze różnorodne gusta muzyczne. Zastanawiam się, jakie są Wasze korzenie.

Ihor: To jest bardzo interesujące pytanie, żądam odpowiedzi. (śmiech)

Artur: Ideologia Straight edge w żaden sposób nie wpłynęła na twórczość Somali Yacht Club. Nie mogła wpłynąć, bo to były tylko moje własne przekonania, dotyczące tylko i wyłącznie mojej osoby. Dzięki Ihorowi ten okres jest już za mną  – uwolniłem się od tych przekonań lata temu.

Co oczywiście nie zmienia faktu, że punk rockowe przekonania dalej we mnie rezonują i zawsze we mnie będą. Jestem niezwykle dumny z tego, że w zespole mamy podobny sposób myślenia w tych kwestiach. Preferujemy DIY, kochamy muzykę, naszych słuchaczy oraz nie mamy planów na robienie wielkich pieniędzy na naszej działalności. Co jeszcze mogę dodać… O, jesteśmy wegetarianami.

Dzięki Artur za szczerą odpowiedź. Lesyk, a jak tam Ci idzie warzenie piw rzemieślniczych?

Lesyk:  To ciągle moje hobby – mała szansa, że kiedyś wejdę na wyższy poziom. Jeśli zdecydujesz się na komercyjny poziom warzenia piwa, będziesz potrzebował warzelni, która kosztuje fortunę albo w najlepszym wypadku kontraktu z inną warzelnią, która udostępni Ci swój sprzęt. To wiąże się z utratą wolności. Zobaczymy, może spróbuję czegoś w przyszłości, teraz nie wiem.

Lesyk & Igor, jesteście informatykami. Artur, z tego, co mi wiadomo jesteś inżynierem. Podsumowując, macie dobrze płatne prace, ale pobawmy się w scenariusz B. Scenariusz, według którego żyjecie z muzyki? Bylibyście szczęśliwsi?

Lesyk: Artur jest już także w naszej sekcie, haha! Co do mnie – to ciągle otwarte pytanie. Wydaje mi się, że mógłbym spróbować, aby przekonać się, co byłoby dla mnie lepsze.

Ihor: Nie wiem, kolejna skomplikowana sprawa. Czym właściwie jest szczęście?

Artur: Z jednej strony boję się, z drugiej – chciałbym spróbować. Strach podyktowany jest tym, że moment, w którym muzyka staje się twoim głównym źródłem dochodu, zaczyna cierpieć na tym twoja kreatywność.  Inne potrzeby i wymagania zaczynają się pojawiać, jesteś zmuszony do kompromisów. Trzeba wydać album w tym roku, musisz jechać na 3 trasy w ciągu roku, musisz zagrać na tym festiwalu etc. Nie lubię tego i pasuje mi nasz aktualny model funkcjonowania – dobrze płatna praca i muzyka jako hobby. Natomiast zaczęliśmy rozmowy o muzyce, jako naszym głównym zatrudnieniu. Zobaczymy.

Hey old man, czym jest szczęście?

Artur: Miłością
Ihor: …pokojem i zrozumieniem!

Pytam, bo przybywa Wam fanów na Facebooku, Wasz profil na Bandcampie jest gorący od pozytywnych komentarzy… Może to nie jest taki absurdalny pomysł.

Ihor: Widzimy to i spokojnie obserwujemy dynamikę wzrostu, ale jest jeszcze za wcześnie, żeby rozmawiać o rzucaniu pracy.

Chcecie powiedzieć coś polskim fanom Somali Yacht Club przed koncertem w Krakowie 13.10?

Ihor: Przygotujemy niespodziankę dla naszych polskich fanów – naprawdę unikatową piosenkę. Mamy nadzieję, że Wam się spodoba! Do zobaczenia!

Rozmawiał: Jacek Szczepan

775 total views, 2 views today