Recenzja Soom – Djebars

Soom to ukraińskie trio założone w 2013 roku, które na swoim koncie do 2017 miało już splity z Pressor i Diazepam, Ил oraz Вѣна (chcę słyszeć, jak próbujecie czytać te nazwy), EP „Жах і Огида” oraz długograj „Ніч на полонині” (hehe, no dobra: „Fear and Loathing” i „Night on the Meadow”). W tym roku, we współpracy z wytwórnią Robustfellow (ci od m.in. Somali Yacht Club, czy genialnych składanek „Electric Funberal Cafe”. Jeśli nie znacie to sprawdźcie koniecznie ich bandcamp) zespół w składzie Kova (gitara, wokal), Tomrer (bas), Amorth (perkusja) wydał kolejny album „Djebars” („Джєбарс”). Stylistycznie nie odbiega on specjalnie od poprzednich dokonań grupy – kwaśnego, niekonwencjonalnego doom metalu. Zainteresowani?

Ukraińcy sami siebie na facebookowym profilu określają mianem kapeli grającej „rave dooom”. Tak – „rave” i tak – „dooom” (trzy „o”). Jak możecie przypuszczać, muzyka zespołu niewiele wspólnego ma z imprezami wybrzmiewającymi repetytywną elektroniką, dochodzącą z wnętrz opuszczonych domów, fabryk, czy znajdujących się na suburbiach miast lasów. Słuchając tria z Charkowa nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że to akurat, zdawałoby się dziewaczne określenie, pasuje tu doskonale. Czemu? Ponieważ klimat muzyki tej do(o)omowej kapeli spowija narkotyczna, niepokojąca mgła. Mgła mogąca kojarzyć się właśnie z ucieczkami życiowych rozbitków od szarej, czasem obrzydliwej rzeczywistości w stan odurzenia przeróżnymi środkami, w trakcie nielegalnych wypadów do wspomnianych wcześniej miejsc. Brzmi dziwacznie? Owszem, tak samo, jak dźwięki, które tu znajdziecie i opowiedziana tu historia.

Album otwiera kompozycja „Above the Sequoias: Origin”, składająca się na dwie, odmienne stylistycznie części. Pierwsza z nich – osadzona w mrocznym ambiencie snującym się z głośników, pozbawiona jest gitar i tradycyjnej perkusji. Jej celem jest bardziej zbudowanie niepokojącego nastroju, niż wprowadzenie słuchacza w to, co znajduje się na reszcie materiału. Co innego druga część. Podobnie jak pozostałe, ponad minutowe przerywniki znajdujące się na „Djebars”, wypełnia ją folk i ponury monolog ukazujący opowiedzianą tu historię. Taka narracja, mimo iż odstająca klimatem od reszty, nie przeszkadza, a wręcz otwiera przed nami kolejne akty historii, paradoksalnie wciągając w nurt muzyki jeszcze bardziej. Strona liryczna przedstawia opis drogi, jaką przemierza główny bohater — Djebars — podczas swojego psychodelicznego tripa. Poszukuje on „dobrych roślin” utrzymujących jego narkotyczny trans odcinający od zastanej rzeczywistości. W trakcie podróży przez postindustrialny, postkomunistyczny Charków, jawiący się niczym świat z Fallouta, Djebars omija rozsiane na swojej drodze przybytki z pseudo narkotykami, lub jak kto woli — dopalaczami, by znaleźć to, co pozwoli mu szerzej otworzyć trzecie oko. W tekstach znajdujących się na płycie mamy całą masę odniesień do kultury, wręcz kultu, związanego z ukraińską sceną doom/sludge oraz masę slangu, pozwólcie więc, że w naznaczeniu kontekstu tu się zatrzymam. Wiecie mniej więcej o co chodzi.

Tak dobrnęliśmy do czterech monolitów, które stanowią rdzeń płyty — wielowarstwowych, polirytmicznych pieśni, z których kwaśny do(o)om leje się niczym magma. Muzycy żonglują tu tematami, nie bojąc się przeskakiwać z wolnych, piekielnie mrocznych partii przez ocierające się wręcz o sludge, gruchoczące wpierdole, aż do synkopowego umpa-umpa, czy drum’n’basowych — w konstrukcji perkusji — łamańców. Aha — to wszystko spinając klamrą iście blacksabbathowego tematu („Under a gleam the dream is hidden”). Nieźle, c’nie? A to tylko jeden z długich, bogatych w różnorodność strzałów. Nie chcę Wam psuć zabawy przy odkrywaniu pozostałych pomysłów Soom na ich kompozycje i zastosowane na „Djebras” aranże, ale znajdziecie tu jeszcze podszytą lękiem mantryczność, znaną choćby z Om, niemal blackmetalowe wokalizy, riffy spadające z siłą młota Thora, których nie powstydziłby się choćby Sons Of Otis. A to wszystko w samym „Poltavian Way”. Albo nosiowe struktury jak choćby w „Wheelchair” – riffujący bas, punktujaco-dudniąca perkusja i hałasująca w tle, wychodząca na pierwszy plan jedynie zalążkiem zagrywki, czy quazi-solówki gitara. I w tym kawałku z resztą muzycy również nie bali się uruchomić nieco bardziej tanecznych, pulsujących rytmów, hołdujących stylistyce spod znaku d’n’b.

Wszystko ładnie, pięknie, ale „Djebars” niepozbawione jest też kilku mankamentów. To co — niestety muszę użyć słowa tego kalibru — utrudnia słuchanie krążka, jest mastering i barwa soundu perkusji. Werbel brzmi jak beczki Clowna ze Slipknot, a talerze uwypuklone zostały tak bardzo, iż niemiło kontrastują z ciężarem pozostałych ścieżek instrumentów, które nikną wręcz pod ich naporem. Ponadto album jest konstrukcyjną kalką swojego poprzednika. Rozumiem i biorę pod uwagę, że może być to sposób na rozwinięcie obranej przez zespół drogi, jak i to, że poprzedni krążek – „Ніч на полонині” („Night on the Meadow”) jest pewnego rodzaju punktem wyjścia do koncepcji tria na opowiadanie swoich, przesiąkniętych brudem postkomunistycznego miasta, narkotykami i psychodelią historii. Jednak identyczne patenty (ambientowe intro, monolity oddzielone od siebie monologami, struktura kompozycji) sprawia, że brakuje tu elementu zaskoczenia. Może po prostu nie taki cel, przy nagrywaniu nowego krążka, Ukraińcom przyświecał. Spokojnie jednak — nie są to elementy, które odstraszają od powrotów do płyty. Ja sam wracałem do niej nie tylko z powodu dziennikarskiej rzetelności, przed pisaniem niniejszego tekstu. To po prostu sążny kawał nowatorskiego, soczystego, wykręconego do(o)omu, o którym mogło się Wam nawet nie śnić. Mnie się na przykład nie śniło.

Tomasz Spiegolski