Recenzja MaidaVale – Madness Is Too Pure

Po elektryzującym, pierwszym długograju „Tales Of The Wicked West” Szwedki z MaidaVale powróciły w tym roku z drugim albumem, zatytułowanym intrygująco „Madness Is Too Pure”. Płytą dojrzalszą, charakteryzującą się mniej jednolitą konstrukcją, odchodzącą od tradycyjnej budowy zwrotka-refren. A jako, że już niebawem zespół powróci do naszego kraju supportując Francuzów z Mars Red Sky, warto przyjrzeć się temu, co znajduje się na drugim krążku sztokholmianek. Zwłaszcza, że to te właśnie kompozycje grupa najprawdopodobniej promować będzie podczas swojego występu w krakowskiej Alchemii 11 września.

Debiutancki „Tales…” wdarł się do moich głośników i słuchawek na tyle bezpardonowo, ze długo po pierwszym odsłuchu nie mogłem powstrzymać się od powtórnego odtwarzania całej płyty. Dziewięć kompozycji z debiutanckiego longpleja Szwedek porywało doskonałym groovem, świetnymi riffami, melodiami i zachwycało głosem wokalistki Matildy Roth. Kto słyszał ten wie – ciężko powstrzymać się od ruszenia ciałem lub chociaż którąś z przytwierdzonych do korpusu kończyn, przy takich rockowych bangerach jak „The Greates Story Ever Told”, „Dirty War”, czy „Colour Blind”. Ponadto płyta nie była jedynie kopią ogranych patentów, szczególnie ze względu na wspomnianą Matildę, która nie bała się odejść od standardowego śpiewu na rzecz melorecytacji swoich tekstów. Wyjątkową klasę dziewczyny potwierdziły na kilku koncertach w Polsce. Miałem niewątpliwą przyjemność sprawdzić to na ubiegłorocznym Red Smoke Festival, gdzie swoim występem nie tylko wprawiły mnie w szampański nastrój i nieskrępowany taniec, ale nawet wywołały łzy wzruszenia. Po dwóch latach przyszedł jednak czas na krok w przód i kolejny album. „Madness Is Too Pure” ukazał się na rynku ponownie za pośrednictwem The Sign Records, tym razem jednak zespół proponuje nam nieco inne wibracje i flow. Nie tracąc wiele na przebojowości. Grupa postawiła na większą dawkę oryginalności, która z równą siłą oddziałuje na słuchacza.

O powyższym świadczy już sama okładka. Obraz ozdabiający „Madness…” autorstwa Courtney Cole jest bardziej oszczędny, ale nie mniej psychodeliczny niż ten z debiutanckiego LP. Biel współgrająca z jaskrawymi kolorami oraz ułożenie postaci nawiązujące do ekspresjonizmu, czy stylu Alberta Muchy – to robi wrażenie nie mniejsze niż mroczny, antywojenny obraz stworzony przez Maartena Dondersa, ale robi je zdecydowanie inaczej. Transformacji poddana została także struktura kompozycji. Nie usłyszycie tu standardowych piosenek zbudowanych na zasadzie zwrotka-refren. Dziewczyny postawiły tym razem na utwory rozwijające się dramatycznie do elektryzujących końcówek, używając swoich instrumentów również nieco inaczej, niż w przypadku „Tales…”. Gitary pełnią tu znacznie częściej rolę wypełnienia tła dla mocno podkreślonej w masteringu i miksie sekcji rytmicznej, nie uciekając jednak zupełnie od klasycznego riffowania. Tak jest w „Dark Clouds” (cudowne noisy zaczynające się w piątej minucie), „Späktrum”, „Another Dimention” (które wręcz tonie w sosie reverbów i pięknie zamyka album), czy singlowym „Oh Hysteria!”. Nie brak tu innych ciekawych eksperymentów jak na przykład grające w tle, rozedrgane dzwonki (znów „Späktrum”), czy dziwacznie pulsujące syntezatory („Trance”). Ale jak już wspomniałem — fani klasycznego riffowania również znajdą tu coś dla siebie. Do klimatu poprzedniej płyty zbliżone są chociażby kolejny singiel „Deadlock”, rozbujany radośnie „Gold Mind”, okraszony pięknym wstępem i zakończeniem „Walk In Silence”, czy silnie osadzony w latach 70. „She Is Gone”. Kwartet doskonale buduje napięcie w swoich piosenkach, nadając im znacznie więcej przejmującej dramaturgii i polotu. Zastanawiam się, jak duży wpływ miała na to zmiana producenta, z którym tym razem współpracowały artystki, czy studia, w którym nagrano materiał. Nic, co współtworzył Jari Haapalainen, nie ma wiele wspólnego z brzmieniem zaproponowanym na „Madness…”, ale może idea eksperymentu przyświecała nie tylko kwartetowi, ale również jemu samemu. Jaki by nie był tego powód, mamy do czynienia z dziełem znacznie bardziej osadzonym w psychodelii, złożonym i pod tym względem od debiutanckiej płyty ciekawszym. Nie da się nie docenić wspaniałego głosu Matildy i ekspresji, z jaką używa go piosenkarka. Zmiana podejścia do aranżacji nie spowodowała przyćmienia jej możliwości wokalnych, o co bałem się, przy pierwszym podejściu do nowego materiału Szwedek.

Tak właśnie przedstawia się „Madness Is Too Pure” – drugi album jednego z najciekawszych, współczesnych zespołów, nawiązujących do retro rocka. To, co zaprezentowały w tym roku MaidaVale, może nie porywa rockową energią tak jak poprzednie ich dzieło, bo mniej tu groove’ujących, wpadających w ucho melodii i przebojowych piosenek. Jeśli jednak szukacie czegoś oryginalnego na przesiąkniętej repetycją pomysłów scenie retro, co w dodatku sprawdzi się doskonale na koncertach, koniecznie sprawdźcie nowe dzieło sztokholmianek szczególnie w warunkach koncertowych. Prawilnie przypominam – będzie ku temu okazja 11 września na koncercie Mars Red Sky + MaidaVale w krakowskiej Alchemii, która pod względem akustyki bije na głowę konkurencję mieszczącą się w tej części Polski. Czy można prosić o lepsze okoliczności? Szczerze wątpię.

Tomek Spiegolski