Polska scena jest silna

Pamiętam, kiedy pierwszy raz zetknąłem się z Palm Desert. Pisałem do portalu 5 kilo kultury, do którego dotarł mail z materiałem „Rotten Village Sessions” i prośbą o recenzję. Byliście chyba jedyną stonerową kapelą w Polsce, a przynajmniej jedyną, jaką kojarzyłem. Czy zapomniałem o kimś, kto z Wami zaczynał, czy byliście pierwszym tego typu bandem w naszym kraju?

Jeżeli chodzi o stonerowe granie w naszym kraju, to za pierwszą falę uważam powstanie kapel takich, jak Elvis Deluxe czy Oregano Chino. Mieliśmy wtedy rok 2006 czy 2007, z tego roku pochodzi właśnie świetna płyta „Lazy” zespołu Elvis Deluxe. Później, w drugiej połowie 2008 roku, powstała tzw. druga fala stonera w Polsce, narodziły się wtedy m.in. kapele Luna Negra, Broken Betty, Satellite Beaver (obecnie Sunnata), Fifty Foot Woman (obecnie Major Kong), czy Palm Desert właśnie. Było też kilka składów bardziej sludge’owych, jak O.D.R.A czy Vagitarians. Chwilę potem powstał Belzebong, którego zaliczyłbym do tej samej grupy. Swoja pierwszą płytę/demo nagraliśmy i wydaliśmy na początku 2009 roku (było to„Dawn of The Burning Sun”), natomiast wydawnictwem, jakie uważamy za pierwsze i oficjalne, i które powinno być tu odnotowane, była płytka „Falls of The Wastelands” wydana w 2010 roku. „Rotten Village Sessions”, o której wspominasz, została wydana w styczniu 2013 roku, więc już po kilku ładnych latach wspólnego grania.

Jak wyglądały Wasze koncerty? Graliście z zespołami „z innej beczki”?

To były zupełnie inne czasy, w samej Warszawie już w 2009 roku zaczęło się coś dziać i były organizowane gigi tematyczne (Stoner Ceremony). Z kolei cała reszta Polski to już kompletny miszmasz. Graliśmy w takich miejscach i z takimi kapelami, że kiedy o tym pomyślę w tym momencie, robi się śmiesznie. Po latach wspominam to jednak bardzo dobrze, była to prawidłowo odrobiona przez nas lekcja. To doświadczenia, które zaprocentowały na przyszłość i dzięki temu wiemy i doceniamy to, gdzie jesteśmy teraz. Mówię tu zarówno o Palm Desert, jak i o Spaceslug’u w którym udzielamy się wespół z basistą. Graliśmy z kapelami z kompletnie innej beczki w miejscach, w których audiencja składała się od 3, poprzez 15, aż po 50 osób. We Wrocławiu, skąd jesteśmy, frekwencja była naprawdę przyzwoita – w 2012 roku zorganizowaliśmy na przykład koncerty Mars Red Sky, Samsara Blues Experiment czy Sungrazer. Udało nam się też wtedy zagrać u ich boku, co również doskonale wspominamy.

Zauważyłeś moment, kiedy więcej ludzi zaczęło łapać ten klimat? Jest jakaś przełomowa data lub okres popularyzacji, czy działo się to na przestrzeni lat?

Tak jak wspominałem, pierwszy moment to rok 2009, a tak na serio, to wszystko zaczęło się dziać mniej więcej od 2012 roku. Wtedy to Piotr Rutkowski prężnie działał z Ceremony Booking i sprowadzał bardzo ciekawe składy z zagranicy. Od 2015 roku wszystko stało się jeszcze bardziej poważne i narodziło się kilka mniejszych bądź większych festiwali i cykli gigów tematycznych z Soulstone Gathering, czy Red Smoke Festival na czele. Pojawiło się też mnóstwo zespołów, które zauważyły Polskę na mapie Europy i chętnie zaczęły tu przyjeżdżać, a i poziom przyjęcia i organizacji zbliżył się do standardów zachodnich, co jest bardzo pozytywne. Trzymam kciuki za to, żeby w dalszym ciągu tak się to rozwijało.

A czy coś zmieniło się przez ten czas w polskim stonerze? Uważasz, że gatunek ewoluował, czy muzycy raczej powielają schematy i podążają utartą ścieżką?

Uważam, że jest kilka, może kilkanaście dobrych, wartych uwagi składów w naszym kraju. Jest też masa zespołów powielających utarte schematy. Mało jest kapel „desert” rockowych, w duchu Kyuss, raczej bardziej specjalizujemy się w „doomach”, graniu na modłę Electric Wizard czy Sleep. Polska scena jest naprawdę silna i szanowana na „zachodzie” z czego trzeba się cieszyć.

Sądzisz, że jest tu miejsce na brzmieniowo-kompozycyjne eksperymenty?

Ciężko o eksperymenty w takiej muzie, myślę jednak, że można poskładać te klocki w taki sposób, by stworzyć z nich budowlę relatywnie oryginalną. Najważniejsze żeby przemycać do tych schematów coś swojego, coś z innej muzyki. Jeżeli chcesz założyć kapelę, jesteś zmotywowany, ale słuchasz tylko i wyłącznie szeroko rozumianego „stonera”, to nie masz czego szukać w tej muzie…. Paradoksalnie. Ten gatunek można wzbogacać, przemycając do niego coś z innych stylów i podejść do robienia muzyki.

Stoner, nie tylko jako gatunek muzyki, ale też specyficzny ruch, stawiał na wolność, wyluzowanie, skupiał się na organizowaniu imprez po to, by po prostu grać i słuchać muzyki (raczej pod wpływem substancji, niż na trzeźwo). Tymczasem eventy szybko stały się bardziej „profesjonalne” niż spontaniczne. Czy uważasz, że w kontekście wspomnianych na początku zasad, które spopularyzowały stoner to dobrze?

Wiesz, Polska to nie Kalifornia, gdzie masz nieskończenie ogromne przestrzenie do organizowania spontanicznych gigów z agregatem prądotwórczym. Sami organizowaliśmy tego typu eventy i było to coś świetnego, unikalnego w skali naszego kraju. Fajnie jednak, że wszystko zaczęło wyglądać bardziej profesjonalnie, fajnie, że są ludzie, którzy podejmują się organizacji i pilnują dosłownie wszystkiego, aby eventy były dopracowane pod kątem muzycznym jak i wizualnym. Świetne jest to, że na taki Soulstone Gathering ściągają ludzie z Gdańska, Warszawy, Olsztyna czy Szczecina. Gdyby nie było to zorganizowane należycie, to takie rzeczy nie miałyby miejsca. W okolicach 2010 roku, kiedy mieliśmy już na koncie około 50 koncertów była to jedynie sfera marzeń. Świetnie, że po tych kilku latach wciąż mogę brać w tym udział i że doczekałem się czasów, gdy ludzie zjeżdżają się z całego kraju na należycie zorganizowany festiwal, budując przy okazji świetną atmosferę. Cieszę się podwójnie, gdyż w tym roku gram na Soulstone ze swoimi dwoma składami zarówno w piątek (Palm Desert) jak i w sobotę (Spaceslug).

Mountain JAM Stoner Generator Party, to impreza wracająca do korzeni gatunku. Odbyła się w Przełęczy Lądeckiej. Czemu akurat tam?

Z Lądka Zdroju pochodzi nasz gitarzysta Wojtek (Kuczwalski – przyp. red.) i mieszka tam po dziś dzień. Jest typem bardzo wkręconym w temat gór, nazwijmy go lokalnym patriotą i miłośnikiem regionalnej przyrody. Postanowił to zorganizować właśnie u siebie i metodą totalnie DIY zrobił coś, co z imprezy „dla znajomych” przerodziło się w magiczną sztukę o niepowtarzalnym klimacie, która ściągnęła około 200 osób. Temat okazał się takim sukcesem, że na miejsce przyjechał sam burmistrz i zaoferował pomoc i dotację, na ponowną organizację Mountain JAM w przyszłości. Myślę, że zrodził się piękny event i w przyszłości może być bardzo jasnym punktem na mapie „stonerowych” gigów w Polsce.

Czy organizacja takiej imprezy bardzo różni się od robienia klasycznego gigu w klubie? Jak przypuszczam, od klasycznego gigu na powietrzu też nieco się to różniło…

Różnicą na pewno jest klimat. Za naszymi plecami góry (była nawet obserwowalna burza na horyzoncie), przed nami wzniesienie, które tworzyło naturalny amfiteatr i pomogło roznosić się dźwiękom… Coś pięknego! Do tego ludzie, którzy przyjechali, by być tego częścią. Był to naprawdę magiczny i jeden z najpiękniejszych koncertów, w jakich miałem przyjemność brać udział.

Patrząc na często niską frekwencję na koncertach, nie baliście się tego na imprezie, która odbywała się w tak niecodziennej lokalizacji?

To z założenia miała być impreza wyłącznie dla znajomych. Początkowo zakładaliśmy zbicie sceny z kilku palet, sprowadzenie agregatu i rozpalenie ogniska. W miarę jak zaczęło się wzmagać zainteresowanie imprezą, Wojtek zorganizował też nagłośnienie z miejscowego Domu Kultury, 20 skrzynek piwa i nawet mobilną toaletę. Wszystko powyżej 40 osób byłoby już sukcesem, a przyjezdni aż z Gdańska tylko utwierdzili nas w przekonaniu, że jest i musi być dobrze. Dokładniej o kwestii organizacji trzeba by było rozmawiać z Wojtkiem – tak naprawdę to on z pomocą miejscowych znajomych podopinał wszystko i doprowadził Mountain JAM do ostatecznej formy, w jakiej mogliśmy brać udział.

Już w początkach działalności Palm Desert towarzyszyła Wam wizualna otoczka, za którą odpowiedzialna jest Bogna i Vortex Visual Division. Jak doszło do tej współpracy?

Bogna była i jest dobrą znajomą naszego basisty – Janka (Rutko – przyp. red.) i to dzięki niemu ją poznaliśmy. Bogna jest autorką zdjęcia oraz w zasadzie całej okładki płyty „Falls Of The Wastelands” z 2010 roku, była swego czasu odpowiedzialna za wizualizację na naszych koncertach. Wspominam to, jako naprawdę fajną współpracę, a świadomość, że po kilku latach znowu będziemy mieli za plecami jej wizualki, nie ukrywam, bardzo nas cieszy.

Split to coś zupełnie normalnego w przypadku hardcore/punka, grindu, noise i im podobnych. Wy wydaliście split z JD Overdrive, na początku roku dostaniemy kolejny — Major Kong, Dopelord, Spaceslug i Weedpecker. Jak sądzisz, skąd wyniknął fakt, iż takie rzeczy dzieją się dopiero teraz (a przynajmniej mamy do czynienia z ich pewną intensyfikacją). Kapele niechętnie współpracują pod kątem wydawniczym? Mają za dużo materiału?

Jeżeli chodzi o split czterech kapel, o którym piszesz powyżej, to wyglądało to tak, że każdy nagrał troszkę więcej materiału podczas wizyt w studio już z zamiarem wydania tego w przyszłości. Wiem to, bo gram również w Spaceslug. Idea splitu pojawiła się już mniej więcej rok temu – wspomniane składy bardzo dobrze się znają, graliśmy obok siebie wiele razy. W pewnym momencie ktoś rzucił temat, a inni go podchwycili. Myślę, że taka kolaboracja jest ciekawa. Słuchałem, uważam, że jest dobrze. Zobaczymy jaki będzie odbiór tego wydawnictwa. W naszym kraju nie było wcześniej chyba wiele takich akcji, być może to otworzy worek i wysypią się kolejne? Poczekamy i sprawdzimy.

Rozmawiał Tomasz Spiegolski