Cztery punkty Magnetycznych Gór na Planecie Mongo

LLNN to zespół o którym możecie i z pewnością będziecie słyszeć więcej w przyszłości, jeśli lubicie obcować z niebanalnym hardcorem. Duński kwartet czerpie z wielu źródeł. Wśród nich znajduje się m.in. sludge i post-metal, ale także space rock i muzyka filmowa. Christian Bonnesen na pytania odpowiadał krótko, ale konkretnie.

Pewnie to nie pierwszy raz jak słyszysz te pytanie, ale skąd wzięła się nazwa LLNN?

Poczytaj o czterech punktach Magnetycznych Gór na Planecie Mongo, a znajdziesz odpowiedzi której szukasz.

Mimo tego, że jako LLNN gracie stosunkowo krótko, muzycznie udzielaliście się już w kilku projektach. Czy postrzegasz LLNN jako projekt w którym w końcu możesz w końcu skanalizować swoje muzyczne inspiracje, czy jest to po prostu kolejny przystanek na muzycznej ścieżce?

LLNN powstało w 2014 kiedy nasz stary zespół się rozpadł (The Psyke Project). Kilkoro z nas uznało, że nie ma dosyć wspólnego grania, więc postanowiliśmy, że wymieszamy trochę rzeczy. Zaprosiliśmy do współpracy brata Rasmusa G Sejersena, Ketila, żeby zagrał na syntezatorach. Od tamtej pory wypuściliśmy EPkę i dwa albumy oraz znaleźliśmy basistę. Dla nas LLNN to naturalny krok po The Psyke Project.

Jesteście świeżo po wypuszczeniu waszego ostatniego albumu “Deads”. Jak odczucia po nim?

Dobrze. Jesteśmy zadowoleni z procesu pisania utworów i tego jak wykorzystaliśmy czas w studiu.

Dlaczego Pelagic Records?

Mili goście z którymi łatwo można się dogadać. Chcieliśmy znaleźć się w wytwórni, która zaakceptuje, że robimy rzeczy po swojemu. Pelagic w pełni szanuje to i pomaga nam rozwijać się jeszcze bardziej.

Jak zaczęła się wasza współpraca z Grim von Doom?

Przez internet. Skontaktowali się z nami kiedy wypuściliśmy kilka utworów do sieci i razem zdecydowaliśmy się wypuścić razem split oraz zagrać mini-trasę po Niemczech. Świetni goście.

Zagraliście niedawno na festiwalu Roadburn. Jaki był odzew ze strony osób, które przyszły na wasz koncert?

Bardzo entuzjastyczny, szczerze powiedziawszy. Zagraliśmy koncert przy pełnej sali i domyślam się, że zyskaliśmy kilku fanów. Relacje były również pozytywne jak do tej pory.

Wśród inspiracji wymieniacie uznanych reżyserów i kompozytorów. Jak filmy kształtują waszą muzykę?

Sposób pisania naszych piosenek można określić jako filmowy. To jak muzyka sprawia, że pewne obrazy pojawiają się w twojej wyobraźni. Uwielbiamy słuchać muzyki Brada Fiedela (ścieżka dźwiękowa do Terminatora). To absolutny geniusz.

Jakiego sprzętu podczas sesji do “Deads”?

Bas, Fender Precision z pick upami Quarter Pond nagrywaliśmy ze wzmacniacza Nemesis 650NA, do tego customowana kostka Fuzzrocious od Rat.

Jeśli chodzi o gitary – Fender Telecaster z przetwornikami Bare Knuckle podpięty do Mesa Boogie Rectifier i któregoś Ampega, którego modelu niestety nie pamiętam. Wykorzystaliśmy też od cholery efektów, nie jestem w stanie wszystkich sobie przypomnieć.

W temacie syntezatorów – stworzyliśmy pulsujące tła w Logic X, a klimat podkręciliśmy Rolandem FA-06. Wiele dźwiękowych pejzaży stworzyliśmy nagrywając różne dźwięki w terenie i poddając je później obróbce.

Zestaw perkusyjny to Mapex z dwoma tomami i parą ride’ów.

Koncertujecie obecnie z Bison. Dlaczego z nimi? Oczywiście poza wspólną wytwórnią.

Przyziemnie goście. Lubią imprezować, lubią wychillować. Dokładnie tak jak my. Doskonały partner do tras. Muzyka jest mulista, chwytliwa i świetnie zagrana. Jesteśmy ich wielkimi fanami.

Wkrótce zagracie w Polsce. Czy to będzie wasz pierwszy raz tutaj? Macie jakieś oczekiwania?

Po raz pierwszy. Nie możemy się doczekać, żeby zobaczyć wasz kraj i poznać ludzi. I spróbować piw.

Rozmawiał Michał Smoll

210 total views, 1 views today